« powrót
Tekst pochodzi z serwisu CyberForum.edu.plhttp://www.cyberforum.edu.pl
Wiadomości telewizyjne jako mydlana opera dla mężczyzn

Wiesław Godzic

Trudno w dzisiejszych czasach o pełną oryginalność: oto pomysł wyrażony w tytule przejęty został z książki Johna Fiske Television Culture [1987], rozwinięty przez Justina Lewisa w jego zbiorze esejów zatytułowanym Ideological Octopus z 1991 roku oraz poddany analizie na materiale wiadomości Dagsrevyen, publicznej telewizji norweskiej NRK, przez Stiga Kulseta [1985].

Chciałbym, żeby ten pomysł uznany był jedynie za pretekst do rozważań nad funkcjami wiadomości telewizyjnych dla współczesnego widza. Chciałbym, żeby otwierał raczej, niż zamykał poprzez swoją kompletność, nową perspektywę badań nad tym zjawiskiem na polskim obszarze. Zdaję sobie sprawę z wielości kontekstów: ten, który proponuję nie jest tak szczegółowy, jak wydawałoby się na pierwszy rzut oka.

W podręcznikach uniwersyteckich przeznaczonych do kursów mediów elektronicznych funkcjonuje określenie telewizji jako "ziemi jałowej". Jakkolwiek literalnie określenie to wskazuje na poetę Thomasa Eliota, to do refleksji nad telewizją wprowadził je inny Amerykanin: twardy pragmatyk, mający niewiele wspólnego z poezją. Pochodzi ono z wystąpienia Newtona Minowa, przewodniczącego amerykańskiej Federal Communications Commission za czasów prezydentury Johna F. Keneddy’ego. Minow, zdolny prawnik, wstępował na drogę kariery politycznej i nie jest dziwne, że społeczne i polityczne uwarunkowania telewizji zaakcentował w swoim pierwszym publicznym przemówieniu w maju 1961 roku.

Szef FCC roztoczył przed członkami National Association of Broadcasters wizję wieku dwudziestego nie tylko jako wieku samolotu, atomu i podróży kosmicznych, ale także - a może przede wszystkim - jako epoki, która wynalazła telewizję. Mówił o odpowiedzialności właścicieli stacji, nadawców i dziennikarzy za obraz świata przekazywany publiczności telewizyjnej. Następnie poprosił ich, aby oglądnęli programy własnych stacji, bowiem to, co on, nowy przewodniczący, znalazł w nich można określić trzeba w ten oto sposób: telewizja jest "vast wasteland", czyli "rozległą ziemią jałową".

Spoglądając na historię telewizji przez pryzmat zjawisk społecznych, zadajemy nieustannie pytanie o przyczyny niebywałej wprost zdolności tego medium do wplątywania się w przeciwstawne dyskursy: telewizja jest obiektem żarliwej miłości i gwałtownej nienawiści zarazem; jest uznawana za medium eskapistyczne, odwracające uwagę widza od spraw tego świata i jednocześnie oskarżana o efektywne stymulowanie zachowań społecznych w rzeczywistym świecie.

Czymże więc jest telewizja? - nie sposób rozstrzygnąć. W tym samym czasie była określana jako "lampa obfitości" - "tube of plenty" (tym powszechnie funkcjonującym sformułowaniem posłużył się Erik Burnouw w tytule swojej historii telewizji amerykańskiej z1975 roku), jak i równie powszechnie nazywana była w latach pięćdziesiątych "the idiot box", czyli "idiotyczne pudełko" (choć rozumiano to częściej jako "pudło dla idiotów").

Skoncentrujmy się na fenomenie wiadomości telewizyjnych nie tylko dlatego, że newsy wydają się najbardziej naturalnym dla tego medium i historycznie najstarszym gatunkiem telewizyjnym. Także dlatego, że wyzwalają one przeciwstawne emocje, powodując podział na mniej więcej równe grupy żarliwych zwolenników i totalnych przeciwników.

Paradoksem jest, że u początków tej formy telewizyjnej nie odnajdujemy wewnętrznego przekonania twórców o jej ważności. Wprost przeciwnie: H. V. Kaltenborn i Lovell Thomas, najlepsi dziennikarze wiadomości radiowych w latach 1947 - 48, odmówili udziału w ich telewizyjnym wydaniu, twierdząc, że występując na ekranie narażą się na śmieszność. W efekcie pierwsze telewizyjne wiadomości sieci NBC prowadził zupełnie młody i niedoświadczony dziennikarz i tym samym pozbawione zostały one wiarygodności. Edward R. Murrow, jeden z pionierów telewizyjnych wiadomości w CBS, rozpoczął swoje programy w 1951 roku świadomym nawiązaniem do sprawdzonego radiowego formatu. Oto program "Hear It Now" został przemianowany na "See It Now" i przedstawiał długie relacje, w których przeważał obraz postaci mówiącego reportera. Dla Murrowa sprawą najważniejszą było interwencyjne dziennikarstwo: między innymi na motywie walki z senatorem McCarthym zbudował większość swoich programów. Tego typu formułę, prezentującą ważne wypowiedzi "na żywo" prominentnych polityków, uważał za istotę gatunku.

Jednakże Murrow miał przeczucie: od pierwszych sekund jego programu było oczywiste, że "See It Now" chciały być czymś więcej niż telewizyjną wersją kroniki czy radiem z obrazkami. Program był rządzony kalejdoskopową zasadą zmiennych dĽwięków i obrazów, pojawiały się relacje z odległych miejsc, Murrow przekazywał wiadomości z innego studia, mając za plecami widoczną telewizyjną maszynerię [zob. Biaggi, 1992: 59]. Już w 1951 roku intuicja podpowiadała dziennikarzowi następującą prawdę: wiadomości telewizyjne są nie tyle czymś więcej niż radiowe newsy, ale są zupełnie czymś innym. Są mianowicie tym, o czym badacze mediów już bez cienia emocji piszą w latach osiemdziesiątych:

"Wiadomości telewizyjne są, po pierwsze, jednocześnie gatunkiem dziennikarskim i show biznesem, zarówno podstawową instytucją polityczną, jak i pełnią rolę sprzedawcy proszków i płatków kukurydzianych. W połowie lat sześćdziesiątych telewizja wraz z innymi mediami elektronicznymi oraz głównymi dziennikami prasowymi i magazynami wiadomości stała się integralną częścią czwartej władzy. Wiadomości telewizyjne, podobnie jak prasa codzienna, zostały uznane za quasi-konstytucyjną dziedzinę amerykańskiego systemu politycznego. (...) Telewizja jednakże w sposób oczywisty jest także aktorem na politycznej scenie. Jej rola nie polega jedynie na przekazywaniu publiczności informacji o tym, co się zdarza. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech telewizji jest to, że osiąga ona wymiar medium ideologicznego, zapewniającego nie tylko informację i rozrywkę, lecz także "pakiety świadomości", czyli matrycę dla interpretowania i bodĽce do reagowania na społeczną i polityczną rzeczywistość" [Hallin, 1986:11-13].

Wydaje się, że ciągle nierozpoznanym i intrygującym wątkiem "dla nas dzisiaj" byłoby spojrzenie na rozrywkowy charakter wiadomości telewizyjnych, co stanowi niezbywalną cechę tego gatunku w państwie najpotężniejszej telewizji. Spójrzmy na przykład jeden z wielu: wiadomości poranne, "Good Morning America", produkowane przez dział rozrywkowy sieci ABC oraz "Today" (NBC) i "Morning News" (CBS), tworzone jednakowoż przez działy wiadomości obydwu sieci. Wszystkie te trzy dzienniki miały w pierwszym rzędzie charakter programu rozrywkowego, na drugim zaś miejscu plasował się aspekt informacyjny. W maju 1985 roku grupa dziennikarzy tych stacji odbyła kilkudniową podróż koleją Amtrak, tworząc gigantyczny show kolejowy, którego elementami były (na przykładzie jednej godziny jazdy z Memphis): reporterskie rozmowy z ludĽmi mieszkającymi na łodziach na rzece Missisippi, rozmowa z dwoma senatorami, historia centrum turystyczno-rozrywkowego, powstałego w miejscu urodzin Elvisa Presleya, historia wyścigów w Memphis i przedstawienie z udziałem piosenkarza Jerry Lee Lewisa. Podobnie rzecz miała się w okolicach innych miast, ponieważ "show must go on". Tak też zapewne traktowała newsy publiczność/telewidzowie, licznie zgromadzeni wokół budynków stacji i wzdłuż całej trasy przejazdy [zob. Hallin, 1986:56].

Nie inaczej sprawa przedstawia się w opinii analityka amerykańskich dzienników głównych stacji w przypadku ich wydań wieczornych. Są one wyłącznie nastawione na komercyjny zysk, który w powszechnej opinii twórców telewizyjnych pochodzić może jedynie z epatowania publiczności szybkim montażem reportaży o najróżniejszej wadze politycznej i społecznej, wyzwalających biegunowo przeciwstawne opinie moralne. Amerykański badacz mediów podaje następującą konkluzję:

"(...) w przemyśle telewizyjnym te trzy sieci, konkurujące ze sobą zaciekle na tym samym narodowym rynku, działają w takiej sytuacji, że przynajmniej trzy stacje telewizyjne walczą zaciekle w każdej większej aglomeracji miejskiej o dolary pochodzące od reklamodawców. Co więcej, telewizyjni konsumenci są ulotni. Podobni są do czytelników gazet sprzed lat, kupujących prasę codzienną w kiosku, a nie poprzez subskrypcję i tym samym mogą oni kupować różne gazety dzień po dniu w zależności od nagłówków. Tak samo publiczność showów wieczornych wiadomości może zmieniać się zasadniczo z dnia na dzień" [Hallin, 1986: 25-26].

Przypadkowa i zmienna publiczność (przypomnijmy przekonania o zwrocie publiczności w stronę nomadycznego charakteru), wiadomości jako show pozbawiony informacji i faktów - taki oto obraz zaczyna się krystalizować. Powróćmy do wypowiedzi Minowa, która rozpoczynała ten rozdział. Trzydzieści lat po słynnym wystąpieniu, w 1991 roku w Gannett Foundation Media Center w Nowym Jorku, były szef FCC został poproszony o wygłoszenie komentarza do swojej wcześniejszej wypowiedzi. Myślę, że nie tylko kawał czasu dzielący te wypowiedzi był przyczyną bardziej ostrożnej diagnozy dotyczącej telewizji. Jak podaje "Los Angeles Times" z 3 maja 1991 roku Minow twierdził, że obecnie martwi go w programie telewizyjnej zalew obrazów przemocy i wulgarności, podczas gdy dawniej obawiał się korupcji i skandali finansowych związanych z teleturniejami. Dzisiaj telewizja jest dla niego czymś więcej niż "ziemią jałową", a w każdym razie dostrzega sposoby, dzięki którym zamieni się ona w "ziemię obiecaną". Nie rozwiąże tego problemu wolny rynek mediów - chodzi zaś o to, aby tę wspaniała technikę (ocenianą na "szóstkę") wprzęgnąć w rozwiązywanie problemów człowieka (tę możliwość ocenia na "trójkę", analizując dotychczasowy dorobek telewizji). No cóż, pozostaje przyklasnąć kolejnemu utopijnemu przekonaniu - Minow z lat 90-tych staje się nieodrodnym synem stereotypowych mitów, składających się na "American Dream".

W tym miejscu mam zamiar skoncentrować się nad "rozrywkowym" nurtem refleksji nad newsami, który nie wydaje się zbyt zadomowiony w Polsce (interesujące będzie zastanowienie się nad przyczynami tego stanu rzeczy). Refleksja nad nim startuje od konkluzji, że złudne jest przekonanie o wiadomościach jako obiektywnej reprodukcją społecznej i politycznej rzeczywistości. Są natomiast strukturą wysoko kodowanych przekazów, które są kształtowane przez kompleksowe serie kodów pochodzących z ekonomicznych, ideologicznych i kulturowych warunków ich produkcji.

Pragnę zaznaczyć sympatię dla zwrotu w stronę jakościowych empirycznych studiów "jaki ludzie robią użytek z wiadomości poprzez rozmawianie z nimi, a nie używanie kwestionariusza", jak określił to amerykański badacz mediów [Lewis, 1991:24]. Zacznijmy od ustalenia "metodologicznego punktu zero", czyli określenia miejsca, ponad którym sytuuję swoje rozważania.

Oto "porządna" książka socjologa, której efektem jest zadeklarowana bezradność wobec zjawiska, rozpatrywanego w kluczu klasycznego paradygmatu humanistyki (mam na myśli doktorat Marka Roberta Levy, zatytułowany The Uses and Gratification of Television News, obroniony w 1977 roku na Columbia University). Autor badał w 1975 roku na terenie stanu Nowy Jork populację widzów telewizyjnych wiadomości, pragnąc zastosować wyniki badań typu "użycia i korzyści", opracowanych przez psychologów z Television Research Center University of Leeds. Uważa, że pomysł takiej aplikacji nie powiódł się i przedstawia zrewidowane założenia aktywnej publiczności. Levy stwierdził, że większość oglądających traktuje kontakt z wiadomościami jako pożyteczny i przyjemny. W zależności od swojej sytuacji społecznej znajdują tam rozmaite problemy i ich specyficzne użycia. Większość badanych była świadoma istnienia takich subiektywnych znaczeń i stwierdzała, że oglądanie wiadomości zachęca do zajęcia postawy aktywnej: wypowiadają komentarze, szukają potwierdzeń i innych zdań. Dla wielu z nich - kontynuuje Levy - wiadomości to zabawa w informowanie i potwierdzanie tego, co już wiedzą; tego, kim już są [Levy, 1977:26]. Publiczność wiadomości jest pozytywnie nastawiona do ich treści: wierzy, że są one wiarygodne, lecz jednocześnie ich "twórcy" pozwalają telewidzom nieco odetchnąć od zgiełku codzienności, zabawić się, poplotkować.

Inny przykład rozwiniętych badań nad tym zjawiskiem pochodzi z odmiennego kręgu kulturowego, jednakże potwierdza tezę o tym, że informowanie bynajmniej nie jest najważniejszą cechą wiadomości telewizyjnych. Istotny wydaje się fakt, iż tezy takie przedstawiają Skandynawowie bardzo wyczuleni na relacje elementów globalnych i etnicznych, w szczególności narodowych sposobów percepcji wiadomości [por. Helland, 1993, Hagen, 1992].

Jeszcze inny punkt odniesienia dla tego zjawiska pochodzi z obszaru British Cultural Studies, sygnowanego nazwiskami Davida Morleya, Johna Fiske oraz tradycją Raymonda Williamsa badań nad telewizją. Istotny jest w tym miejscu sąd Stuarta Halla, który w ważnym dla semiotyki telewizji eseju "Encoding/Decoding" z 1984 r. zawartość wiadomości analizuje jako narrację i przedstawienie w ogólniejszej ramie kulturowych uwarunkowań i ograniczeń. Treść wiadomości ma naturę pluralistyczną (polisemiczną): tzn. pluralistyczne przekazy są wprawdzie otwarte na interpretacje i różne rozumienia, ale jedynie w obrębie struktury dominującej. Symbole i obrazy cechują się zdolnością do stawiania akcentów w różnych miejscach, "wieloakcentowość", i mają zdolność do tworzenia różniących się od siebie interpretacji, jednak ciągle w kulturze dominującej istnieją odczytania preferencyjne przekazów tworzących wiadomości. Powstają sytuacje, w których wszystkie znaczenia są "równe", ale niektóre "równiejsze".

Postawmy teraz pytanie o to, jakie są elementy nowego, postulowanego przeze mnie, paradygmatu odbioru wiadomości, stworzone na bazie przytoczonej tradycji badawczej.

Myślę, że mowa o trzech cechach:

A) Knut Helland [1993], który badał norweski dziennik "Dagsrevyen", publicznej stacji NRK, monopolistę w zakresie wiadomości od prawie 30 lat (dopiero w 1992 roku powstał w Norwegii drugi, niepubliczny, kanał telewizyjny) oraz Ingun Hagen [1992] potwierdzają, iż oglądanie tego dziennika jest zwyczajowe i wypełnia reguły rytuału, który w opinii Norwegów nie niesie ze sobą żadnej "korzyści" odbiorczych. Co więcej - badania wykazały, że wiadomości w opinii respondetów były "zimne", nie dotykały ich, nie czuli się lepiej poinformowani po wiadomości niż przed nimi. Wielu widzów podkreślało, że oglądanie wiadomości to obowiązek, natomiast przyjemność oglądania newsów dotyczyć może jedynie tego, że z konkretnego obrazu mogą wyprowadzić alternatywne znaczenia. Tak więc rytuał, ceremonia i obowiązek stanowią pierwszą i podstawową ramę perspektywy, o której myślę. Trzeba zauważyć, że wiąże się on w pewnym sensie z badaniami Levy'ego z lat 70-tych, jakkolwiek zmiana charakteru telewizji i jej funkcji społecznych wydaje się uniemożliwiać korzystanie z opinii sprzed blisko ćwierćwiecza.

B) Badacze amerykańscy - na co zwracałem już uwagę np. w wypowiedzi Hallina podkreślają, że newsy są jednocześnie gatunkiem dziennikarskim, jak i show biznesem, są instytucją polityczną i pełnią rolę sprzedawcy proszków i płatków kukurydzianych. Telewizja jest więc ponadto aktorem na politycznej scenie. Jednakże wykracza poza tradycyjnie rozumianą rolę showmana - sprzedaje bowiem "pakiety świadomości", czyli wzory do interpretowania rzeczywistości.

Przyjmijmy więc, że istota telewizyjnych wiadomości nie polega na przekazywaniu czy transmitowaniu zdarzeń i ich ocen - powątpiewam nawet, czy jest to cecha Ľródłowa i podstawowa. Mam także wątpliwości dotyczące wymiaru ideologicznego oddziaływania tej formy gatunkowej medium, jakkolwiek zrozumiałe jest, iż młode demokracje naszej części Europy są szczególnie drażliwe na tym punkcie. Myślę, że na gruncie amerykańskim ten aspekt nie wzbudza już większych emocji: wszak współczesna ideologia konsumpcjonizmu osiągnęła pułap swoich możliwości intelektualnych i zdolności tworzenia "matryc do interpretowania zjawisk".

Zwracam uwagę na przykład na moją analizę perswazyjnego charakteru wybranych relacji w Wiadomościach TVP, którą pisałem w połowie lat osiemdziesiątych i wiem, że sporo osób w podobny sposób czytało je wówczas - z rumieńcami emocji na twarzy - związanymi z odkrywczością manipulacyjnego charakteru przedstawianych "faktów" [por. Godzic, 1990]. Natomiast dzisiaj, po erze znacznie donośniejszych "odkryć", zagadnienie przesunęło się w stronę historycznego świadectwa, przestając być pomocnym instrumentem metodologicznym. Na przykład: pokazywanie dzisiaj prześmiewczego dziennika Jacka Fedorowicza wymaga rozległej wiedzy (na ogół niedostępnej lub obojętnej dla dzisiejszego kilkunastolatka: śmiech z munduru generalskiego w latach 90-tych wydaje się nie trafiony: wszak wojsko cieszy się bardzo dużym zaufaniem społecznym. Prześmiewczy Dziennik Fedorowicza chce być jedynie ironiczny i groteskowy, mniej dba natomiast o inny wymiar rozrywkowego aspektu, który mnie interesuje.

Amerykański badacz mediów, Douglas Kellner, stwierdza wprost, iż pod względem strukturalnym wiadomości zorganizowane są jak rozrywka, jak seria misternie skonstruowanych narracji, które przestrzegają kodów telewizyjnego opowiadania [1990]. Zmierzają one w kierunku sensacyjności, dramatu i obrazowości. Revren Frank, producent NBC News, jest w pełni świadom tej funkcji: w jego opinii wiadomości powinny posiadać strukturę i zawierać konflikt, rozwój i rozwiązanie akcji, początek, środek i koniec.

Najbardziej wyraziście opisali ten aspekt Neil Postman i Steve Powers w obrazoburczej książce How to Watch TV News [1992]. Autorzy wskazują na ogólną tendencję wielu wytworów kultury audiowizualnej, w szczególności filmów i reklamówek telewizyjnych, do korzystania ze środków właściwych dla wideoklipów (takich jak szybki montaż, podporządkowanie akcji rytmowi muzycznemu). Zwracają uwagę na to, że twórcy wiadomości telewizyjnych sięgają dodatkowo do form charakterystycznych dla programów rozrywkowych. Ich zamierzeniem jest przebicie się za wszelką cenę do świadomości widza (lub częściej podświadomości) i zatrzymanie jej/jego przy odbiorniku nastrojonym na ten właśnie kanał.

Rozrywkowemu charakterowi wiadomości sprzyja ponadto czynnik finansowy, o którym piszą Postman i Powers. Wyprodukowanie przeciętnego programu rozrywkowego kosztuje 900 tysięcy dolarów, gdy tymczasem godzinnych wiadomości (np. CBS'owskich 48 Hours) około 500 tysięcy. Tak więc specjaliści od marketingu sieci, nastawieni rzecz jasna na uzyskanie jak największych zysków, czyli "sprzedania" jak największej publiczności reklamodawcom, zastanawiają się, czy nie mogliby osiągnąć tego celu przy pomocy mniejszych nakładów. Wytworzony produkt, wiadomości, dwa razy tańsze od telewizyjnej komedii sytuacyjnej i średniego show, gromadzi ponadto "lepszą" publiczność dla producentów reklam. Oglądający wiadomości zwracają większą uwagę na przekaz, są zwykle lepiej wykształceni i - co jest dla nich najważniejsze - mają więcej pieniędzy do wydania [Postman, Powers, 1992: 56].

Wszystko to prowadzi do upodobnienia struktury wiadomości do struktury przekazu reklamowego: newsy, tak jak reklamy, są "opakowane", atrakcyjne wizualnie, a program wiadomości nabiera rytmu, który ma za zadanie zatrzymać uwagę i zapewnić przyjemne oglądanie.

Trzeba ponadto dostrzegać w przekazach informacyjnych to, co niewidoczne. Tym, którzy lekceważą manipulacyjny charakter medium telewizyjnego - szczególnie na obszarze wiadomości - uświadomić trzeba, że nie istnieją przekazy neutralne. Wiadomości mają niewiele wspólnego z obiektywną prezentacją faktów: są widowiskiem, ukazującym spreparowane fakty w sposób wybiórczy i poddane segmentacji według zasad showu. Postman i Powers przestrzegają ponadto przed niedocenianiem reklamy, którą oceniają jako najsilniejsze Ľródło wartości propagandowych określonej kultury. Często reklamy zawierają pewien rodzaj aktualności, są w pewnym sensie "wiadomościami", które, ze względu na fakt adresowania do konkretnej grupy, są lepiej i dłużej zapamiętywane.

W ostatnim rozdziale autorzy formułują osiem rad dla widzów wiadomości telewizyjnych. Pierwsza dotyczy tego, iż przystępując do kontaktu z wiadomościami należy posiadać wyraziste przekonanie na temat tego, co jest ważne dla oglądającego: widz bowiem sam powinien decydować o hierarchii zdarzeń prezentowanego świata, a nie polegać na przypadkowych ocenach. Należy mieć świadomość, iż kontaktujemy się z show, w którym bezpośredni zwrot do publiczności pełni bardzo ważną rolę. Aby zrozumieć wiadomości, należy także posiąść wiedzę na temat politycznych preferencji wydawców wiadomości.

Ostatnie ze wskazówek są bardzo radykalne. Postman i Powers, zwracając szczególną uwagę na język prezenterów wiadomości oraz rodzaj pytań przez nich zadawanych, formułują takie żądanie w stosunku do widza: ogranicz o jedną trzecią ilość oglądanych prze siebie wiadomości oraz opinii, które w twoim przekonaniu powinieneś wyznawać. Na koniec autorzy postulują wprowadzenie do szkół nauki aktywnego oglądania wiadomości telewizyjnych. Brzmi to na pierwszy rzut oka niewiarygodnie i dziwacznie, jednakże w świetle dotychczasowych koncepcji autora Technopolu wydaje się bardzo logicznie. Nie ma bowiem ucieczki od telewizji, nie jest tym bardziej możliwa ucieczka od show wiadomości: nawet po postulowanej redukcji o jedną trzecią ich oddziaływanie pozostaje niebagatelne. Czyżby wszystko, co nam pozostało to uzyskanie świadomości rozrywkowego charakteru wiadomości telewizyjnych i pozostanie w zupełnej bezradności z taką konkluzją?

Wydaje się, że Postman i Powers stawiają diagnozę, iż wiadomości telewizyjne podporządkowane są tym samym prawom, co inne komercyjne formy przekazu, natomiast pozornie prezentują się jako teksty obiektywne. Problemem jest nadmiar informacji: paradoksalne jest, iż w konsekwencji społeczeństwo amerykańskie staje się szybko najmniej świadomym i najmniej wiedzącym we współczesnym świecie. Wprawdzie wszystko jest "odkryte" i ludzie wiedzą o bardzo wielu rzeczach, ale wiedzą o nich bardzo niewiele. Często jedynym znaczeniem danej wiadomości jest prędkość, z jaką zostaje ona przekazana.

Prezentacja wiadomości to widowisko, show: ich bohaterami są trzęsienia ziemi, klęski, kataklizmy i tragedie ludzkie. Autorzy analizują operację wojskową Pustynna Burza i sposób jej przedstawiania przez stację Cable News Network. Widzowie nie oglądali "jedynie" relacji reporterskiej, lecz wojenny "film na żywo": wszędobylskie kamery fotografujące z powietrza i pod wodą, przymocowane do płóz helikopterów lub umieszczone na hełmach żołnierzy przekazywały obraz natychmiast montowany przez realizatora wedle najlepszych zasad epopei wojennej.

Myślę, że autorzy amerykańscy trafnie uchwycili rozrywkową zasadę formatu wiadomości telewizyjnych, mianowicie fakt, iż nawet najbardziej drastyczne relacje (egzekucje, katastrofy i cierpienia ludzkie) włączone zostają w dyskurs rozrywkowego przedstawienia, w wyniku czego literalny przekaz zostaje stępiony lub wręcz pozbawiony swojej pierwotnej semantyki. Mam tu na myśli, np. oglądany przeze mnie pożar lasów w stanie Kalifornia w paĽdzierniku 1993 roku, w efekcie którego kilkudziesięciu Amerykanów straciło życie, a kilka tysięcy Kalifornijczyków swoje domy i dobytek. Otóż siedząc w pokoju telewizyjnym, za oknami którego widać było szalejący w oddali żywioł i oglądając jednocześnie telewizyjny przekaz lokalnej stacji, odnosiło się wrażenie, że dotyczy on dwóch różnych zdarzeń. Telewizja używała środków "filmu katastroficznego", nadużywając najbardziej ekscentrycznych pozycji i ruchów kamer, bardzo szybkiego i często zrytmizowanego z wydarzeniami montażu (także wewnątrzkadrowego) oraz traktowała wypowiedzi ratowników, świadków i ofiar w zupełności instrumentalnie. Czuło się atmosferę spektaklu, teatru ulicznego, dla którego rozpalono gigantyczny sztuczny ogień. Pożar był jak najbardziej rzeczywisty - jeśli ktokolwiek zadał sobie trud oderwania oczu od telewizora i spojrzenia przez oszklone ściany amerykańskiego domu.

Podobny wymiar uzyskuje zdarzenie rzeczywiste zarejestrowane na taśmie wideo i włączone w rozrywkowy dyskurs telewizji. Myślę o słynnej sekwencji, nakręconej przy użyciu amatorskiej kamery VHS, przedstawiającej pobicie przez policję w Los Angeles czarnoskórego motocyklisty, Rodneya Kinga. Jej pierwsze pojawienie się na ekranach telewizorów było szokujące i w pełni wiarygodne. Dziesiąte i setne (tak, naprawdę: setne) powtórzenie w tym samym dniu zatraciło walor dokumentu, stając się pozbawioną "aury" ikoną i surowym materiałem do obróbki (istotnie takiej manipulacji dokonywali realizatorzy obrazu w celu zaświadczenia prawdzie). ¦wiat i jego wydarzenia podporządkowane są w takich przypadkach regułom przedstawienia: korzysta się wówczas z najlepszych recept hollywoodzkich, pamiętając jednak o tym, że często "naturszczycy" ulegają bardziej konwencjom gry aktorskiej niż zawodowi aktorzy.

C. John Fiske w Television Culture uważa, że wiadomości są gatunkiem męskim, którego zasadniczą i organizującą strukturą jest mydlana opera. Oto jaki tok myślenia prowadzi australijskiego badacza do tak ekscentrycznego wniosku.

Fiske zastanawia się nad relacjami między konwencjami wiadomości a charakterem "rzeczywistości", które one konstruują i kontrolują. Wielu badaczy podkreślało wcześniej, że większość tych konwencji pochodzi z literatury i operuje narracjami i konstrukcjami dramatycznymi. Inni dodają, że newsy odczytuje się tak jak komedie sytuacyjne lub seriale dramatyczne, przy czym we wszystkich tych trzech gatunkach sytuacja podstawowa nigdy nie jest do końca rozwiązana - gatunki te opierają się bardziej na formule postawienia zagadki niż jej rozwiązania (wielką rolę w ich konstrukcji odgrywają ponadto powtórzenia) [Fiske, 1987:307].

Istotnie, wiadomości (żadne wiadomości), nie przekazują kompletnego i pełnego obrazu rzeczywistości. Co więcej, nie powinniśmy sądzić, że mają one przekazywać taki właśnie obraz. Gdyby tak było, wówczas ich władza i autorytet wzrosłyby niepomiernie. W istocie więc wiadomości są formą fikcji, powodując powstanie u odbiorcy całego szeregu mechanizmów związanych z odbiorem tekstów fikcjonalnych (do jednych z najważniejszych zalicza Fiske konieczność negocjowania odbiorcy z ideologią zawartego przekazu).

W efekcie tych rozważań Fiske proponuje myślenie o wiadomościach jako o męskiej mydlanej operze [Fiske,1987:308]. Tak jak w mydlanej operze brak jest zakończenia, występuje wielość wątków i postaci, częste są powtórzenia oraz "wszystko dzieje się w rodzinie" (ta ostatnia cecha wydaje mi się najważniejsza). Wiadomości są gatunkiem męskim, gdyż zapewniają kontrolę i dominację (takie są cechy tego gatunku), nie zaś rozłam i ucieczkę (jak dzieje się w "gatunkach kobiecych"). Inny krytyk telewizji, który przyjął tę koncepcję, Lewis [1991] kontynuuje w następujący sposób: wprawdzie grupa postaci może być większa, ale właśnie te postaci zatrzymują uwagę widza, stwarzając atmosferę nie kończącego się serialu z życia rodzinnego. Stig Kulset [1985] zauważa, że w norweskim Dagsrevyen używane są podobne środki wizualne, metody konfliktowania, podobna jest pozycja lektora-spikera, jak dzieje się to w konwencji opowiadania mydlanych oper.

Na tych cechach kończy się jednak podobieństwo, bowiem:

1) Wiadomości zapożyczają formę pochodzącą raczej z prasy, a nie z czysto wizualnego gatunku: rozwijają się więc w ten sposób, że im są ważniejsze, tym więcej zawierają szczegółów,

2) Co ważniejsze: negują "hermeneutyczny kod", zaprzeczają bowiem podstawowej zasadzie zagadki. Występuje wręcz odwrotna sytuacja, niż mamy do czynienia w dobrze opowiedzianej historii: oto puenta znajduje się przed wypowiedzią, punch line przed dowcipem. Zwróćmy na przykład uwagę na typową dla telewizyjnych wiadomości konstrukcję wypowiedzenia, np. "trzysta osób zostało zabitych w katastrofie samolotowej". Tymczasem według znanych nam norm tradycyjnego opowiadania (jakkolwiek nie opowiadania dziennikarskiego), informacje te powinny być przedstawiane w układzie chronologicznym, a więc: wystartował samolot, pilot melduje o awarii, próby ratowania, awaria, katastrofa, bilans katastrofy. Zaczynamy podejrzewać, że w wiadomościach wcale nie o "wiadomości" chodzi.

Można zaryzykować twierdzenie, iż wiadomości przybrały formę najgorszą z możliwych i, rzecz jasna, nie powinna ona utrzymać się - jednakże jest tak zła, że można ją uznać za zabawną i zaakceptować, kierując się jakąś perwersyjną zasadą. Nie wydaje się to zbyt wielkim paradoksem: przypomnijmy "Producentów" Mela Brookesa, w którym to filmie twórcom show towarzyszy intencja spowodowania finansowej klapy (bo na niej mają możliwość zarobić). Show jest jednak tak żałośnie niedobry, że dobrze edukowana publiczność (ale widocznie perwersyjnie nastawiona) zapełnia salę widowiskową i wydaje pieniądze na "świadomie" percypowany kicz.

Zwróćmy się więc w stronę polskiego wydania wiadomości. W tym miejscu porzucam na ogół punkt widzenia związany z analizą "zawartości" wiadomości. Był om wielokrotnie używany i wydaje się nadal wdzięcznym materiałem badawczym dla rozmaitych opcji politycznych - niemniej jednak zwracam uwagę na ten punkt widzenia.

Analiza zawartości trzech wieczornych wydań telewizyjnych wiadomości, TVP1, TVP 2 i prywatnego Polsatu, dokonana przez dziennikarza Polityki, przekonuje, że:

"Wszystkie trzy dzienniki są mocno przegadane, na niekorzyść zdjęć filmowych, dość niestarannie redagowane (z dnia na dzień powtórki tych samych materiałów filmowych do różnych komentarzy). Różna jest także klasa prezenterów (...)" [J. Bołdok, Wiadomości wieczorne. "Polityka", 1995, nr 13].

Zestawienie prezentowanych materiałów prowadzi natomiast do przekonania o bardzo wybiórczym i instrumentalnym traktowaniu informacji przez zespoły dziennikarskie:

"Tego dnia Wiadomości zamieściły 18 informacji, Polsat 15 a Panorama 21. Tylko w połowie były to te same, czy podobne informacje. Obraz dnia przedstawiany przez trzy stacje różni się dość zdecydowanie" [16.]

Wydaje się, że stacje uznają za najważniejsze wiadomości bynajmniej nie te, które według skali ważności wielkich serwisów są najważniejsze, lecz te, które w opinii redaktorów na takie miano zasługują. Dziennikarz "Polityki" konkluduje:

"Interesujące, że np. Polsat w ogóle nie zauważył sprawy obecności Polski na obchodach 50-lecia zakończenia II wojny światowej, co było np. tematem nr 1 w Panoramie. ¦lad pozamerytorycznych nastawień autorów można znaleĽć w informacjach związanych z osobą prezydenta RP. Wiadomości i Panorama zamieściły trzy takie informacje, Polsat ani jednej. Za to w czołówce hierarchii Polsatu (pozycje 4-8) znalazły się drugorzędne ciekawostki: złagodzenie wyroku na zabójcę, zakupy sprzętu medycznego, niszczenie akt (Polska) i odtajnianie (USA)".

Pierwsza kwestia, narzucająca się przy rozpatrywaniu wiadomości telewizyjnych, pochodzących z kręgu konkretnej kultury etnicznej, dotyczy zagadnienia globalności i lokalności - najogólniej mówiąc - kontekstu naszych magazynów wiadomości.

Otóż okazuje się, że spojrzenie z tej perspektywy obala stereotypowe fobie, wywołane przez apokaliptyczne "wizje globalnej wioski". Popatrzmy na rezultaty zakrojonych na szeroką skalę badań zespołu miesięcznika "InterMedia" z 1991 roku [Chapman, 1992]. Poddano badaniu dzienniki telewizyjne pokazywane w dniu 9 listopada 1991 roku w kilkudziesięciu stacjach na całym świecie i emitowane w 35 językach. Graham Chapman, profesor geografii Uniwersytetu Londyńskiego, dokonał interpretacji wyników badań zawartości dzienników tego wieczora. Zastosował, wypracowany przez siebie wcześniej, system kodowania, składający się z 23 deskryptorów. Jedenaście z nich określa zagadnienia (np. polityka, ekonomia, kultura), dwanaście zaś obszary geograficzne.

Wyniki przedstawiają ogromne zróżnicowanie przedstawianych zagadnień. Wygląda to tak: "polityka", "konflikty", "ekonomia" zajmują czołowe miejsca we wszystkich obszarach; "ekonomia" natomiast najbardziej dyskutowana jest w Chinach, gdzie ponadto wiadomości związane z "technologią" goszczą najczęściej. Spoglądając jednak dokładnie na zawartość treściową tych ogólnych bloków tematycznych, musimy się jednak wyzbyć przekonań o globalnym charakterze wiadomości. Informacje o występkach najczęściej występują w Ameryce Łacińskiej i Japonii, niemniej jednak wskazują na odmienne treści. W Japonii za występek uznaje się ekonomiczne fałszerstwa, w Ameryce zaś jest to przemoc wobec innej osoby. Podobne problemy wiąże się na przykład z zagadnieniem wartości i głównie ten fakt skłonił autora interpretacji do jeszcze większego zróżnicowania kategorii oraz wprowadzenia mieszanych pojęć, składających się z "deskryptorów kombinowanych" [1992].

W konkluzji badania sformułowano następujący wniosek: nie ma jednego, globalnego świata: świat nie jest zwyczajnie zaraz za naszymi drzwiami. Niektóre wiadomości istotnie przechodzą z jednego krańca naszego globu w drugi, ale wydaje się, że zainteresowane są nimi jedynie zachodnie sieci i agencje. W przypadku pozostałych dzienników przeważają sprawy lokalne. Tak więc:

"To, co świat wybrał, aby zaprezentować w ten jeden wieczór, to myriadyczne, rozproszone, pozbawione połączeń. Wydaje się, że jest wiele światów na tej ziemi i że znajdują się one w pobliżu, pilnując jednak swoich spraw" [Chapman, 1992: 33].

Bez obawy możemy wreszcie zająć się polskimi wiadomościami, bez obawy, dotyczącej tego, iż zagubimy cokolwiek z globalnego spojrzenia - że nasze "lokalne" są po prostu prowincjonalne. Myślę, że wiadomości - w stopniu znacznie większym niż jakikolwiek inny gatunek telewizyjny - są właśnie "lokalne". Mianowicie: najwyraĽniej pokazują to, co dla danej kultury (lub nadawcy w tej kulturze) wydaje się najważniejsze zarówno pod względem przedstawianych treści, jak i sposobów prezentacji. Stanowią więc, w moim przekonaniu, najpewniejszy papier lakmusowy audiowizualnej kultury: "pokaż mi swoje wiadomości, a powiem ci w jakiej kulturze żyjesz".

Wydaje się, że tym razem diagnozy felietonisty tygodnika, dziennikarza największego polskiego dziennika i autorów raportu naukowego brzmią podobnie: polskie serwisy informacyjne są nudne. "Wiadomości są nudne i nic do tego nie ma uroda Filipa Łobodzińskiego ani żadnego innego prezentera. Wiadomości nadawane są o 19.30, w czasie skażonym walką o władzę. Nigdy nie były dobre i nic nie wskazuje na to, że mogą być lepsze. Może lepiej się przełączyć o tej godzinie na inny kanał?" - konkluduje Tomasz Raczek w felietonie tygodnika "Wprost", zatytułowanym "19.30 - czas ze skazą". Piotr Bratkowski, dziennikarz "Gazety Wyborczej" spędził i opisał jeden dzień z polskimi programami informacyjnymi ("Gazeta Telewizyjna", 2-9 paĽdziernika 1998). Przegląd 10 telewizyjnych programów informacyjnych w dniu 26 września 1998 roku przekonał dziennikarza o istnieniu 2 biegunów. Na pierwszym znajdowały się "Wiadomości" i "Panoramy", które informowały o "polityczno-partyjnych konwentyklach: SdRP i "Solidarność", ZChN i PSL. Widać, że następca Dziennika Telewizyjnego miota się wciąż w politycznym uścisku; postrzegany przez polityków jako główne Ľródło społecznej wiedzy o świecie, lęka się, by kogoś nie pominąć, nie urazić". Na drugim biegunie zaś znajduje się popołudniowe wydanie Naszych Wiadomości: "Podają siedem informacji: pierwsza i najważniejsza to przyjazd do Warszawy Rodmana; ostatnia, ale równie obszerna, to nowa płyta jakiejś niemieckiej grupy, grającej muzykę techno. Nic o "Solidarności" i o SdRP, nic o wyborach w Niemczech i na Słowacji". Inne programy balansują pomiędzy tymi biegunami i stosują rozmaite techniki wypełniania czasu antenowego w sytuacji, gdy nie mają informacji do przekazania - jednakże każdy ze sposobów może być nudny i w większości przypadków taką nudę ze sobą niesie.

Raport, dotyczący programów informacyjnych, przygotowany na zlecenie KRRiTV ["Gazeta Wyborcza" z 1996 r., Knysz], nie formułuje oceny, że są one nudne, jednak dostrzega szereg błędów: "Błędnie podane nazwiska polityków, fałszywa informacja o stanowisku ugrupowań politycznych lub w ogóle brak informacji o wydarzeniu politycznym". Dalej raport stwierdza, że w najważniejszych kwestiach dotyczących polityki wewnętrznej widz nie został należycie poinformowany, nie miał szansy na wyrobienie sobie własnego zdania. W efekcie można mówić o TVP jako o "tubie polityków", zaś o stylu dziennikarstwa jako o stylu biernym - wygodnym dla dziennikarza, a nie dla widza.

Moje własne badania, przeprowadzone wraz z grupą studentów, które wzięły pod uwagę 7 programów informacyjnych emitowanych w dniu 2 listopada 1998 roku, w większości przypadków potwierdzają diagnozy wypowiedzianych powyżej. Wprawdzie w Dzień Zaduszny newsami były wichury w Polsce, powodzie w Nikaragui oraz migawki cmentarne (słowem: żadnej polityki), niemniej jednak zauważalne były ogromne różnice w ocenie wiadomości, sposobie ich prezentacji oraz usytuowaniu w łańcuchu wypowiedzi. Nawet w takim zestawie mało atrakcyjnych tematów, wyraĽnie można było zobaczyć, że:

  • Teleekspress prowadzi widza w sposób tradycyjny po chaosie widzialnych fragmentów obrazów świata. Spójrzmy na taką sekwencję: wichura w Polsce - święto zmarłych, wichury i powodzie w Niemczech oraz inne katastrofy - proces szajki złodziejskiej w Krakowie - napad na taksówkarza - konfiskata amfetaminy - posiedzenie rady Przymierza Społecznego. Widać troskę o to (którą, niestety, także widz odczuwa), aby sekwencja rozwijała się w klasycznym porządku równowagi rzeczy dobrych i złych (w każdym razie uznawanych w społeczeństwie za takie właśnie);


  • w przypadku Naszych Wiadomości nie ma już wątpliwości czemu służą programy informacyjne. Oto sekwencja informacji: powódźw Nikaragui - wypadki samochodowe - proces zabójców licealisty - kłopoty promu Discovery - wysadzanie pomnika ostatniego cara Rosji - odbudowa historycznej Kalwarii w Ujściu - teledysk zespołu U2. Pragnienie, żeby nie nudzić telewidza jest pragnieniem podstawowym i - w przypadku niektórych "informacji" - jedynym;


  • najbardziej perfekcyjnie ten warunek spełniają "Fakty" TVN, udowadniając, że informacja może być takim samym towarem jak każdy inny gatunek. Tak więc perfekcyjny najazd kamery na prowadzącego dziennikarza, wzięty zapewne z CNN, i seria informacji o kłopotach szpitala w Koninie, zabójstwie maturzysty, o tym, że "pada i wieje". To program żywy, zabawny i sensacyjny także w warstwie słownej. Zaczyna się kolokwialnego stwierdzenia, które ma przekonać, że w istocie rozmawia się z kumplem, a nie dysponentem wiedzy, odgradzającym się od niego barierą instytucjonalnego autorytetu. Tomasz Lis inicjuje pogawędkę z widzem w ten sposób: "Zaczynamy od Konina, gdzie - jak wszystko na to wskazuje - trzeba mieć końskie zdrowie, żeby chorować". Po tak dobrym początku prowadzący staje się gładkim wodzirejem: bryluje, nieco ironizuje, zabawnie polemizuje z opiniami reporterów - słowem jest prawdziwym hostem informacyjnego talk show.


Deklarowałem powyżej, że nie koncentruję swojej uwagi na zawartości programów informacyjnych, gdyż wydaje się, że jest to obszar na którym można już tylko potwierdzić wcześniejsze badania. Gdy więc oglądałem 7 programów informacyjnych z jednego dnia, wówczas jedynie z obowiązku zapisywałem tematy kolejnych newsów. W pewnej chwili zorientowałem się, że coś innego zaczyna zajmować moją uwagę. W Teleekspressie prowadzącym dziennikarzem jest kobieta, która przedstawia wiadomości w 2-3 zdaniowej wypowiedzi. Następuje po tym zazwyczaj materiał zdjęciowy, który komentuje męski głos. I oto zauważam, że kobieta mówi "ogólnie", mężczyzna zaś "szczegółowo", ona wiadomość anonsuje, on zaś jest lepiej poinformowany (zna szczegóły i sypie liczbami). W kolejnym serwisie, który nagrałem na mojej taśmie, prezentującym popołudniowe "Nasze Wiadomości", nie ma widocznego prezentera, jedynie męski komentarz z offu. Nagrana jako trzecia w kolejności "Kronika Krakowska" potwierdziła moje przypuszczenie, że kobieta w wiadomościach polskich jest ozdobą i wizualną przynętą, mężczyzna zaś dysponentem prawdziwych informacji. Spotkałem liczne fragmenty, w których widoczna na ekranie prezenterka "zagajała", natomiast głos niewidocznego mężczyzny podawał liczby i nazwy; co więcej, był to głos autorytetu, fakty były wypowiadane szybko i "bezwzględnie". Widziałem, że to, co dziennikarka anonsowała było poddane szczególnej formie legitymizacji w wykonaniu mężczyzny: po raz pierwszy, gdy dziennikarz rozwijał temat i podawał szczegóły, po raz drugi zaś - gdy ekspert-mężczyzna potwierdzał szczegóły wypadku.

Obserwacja wydawała mi się ciekawa i już zamierzałem uogólnić ją, jednak kolejny segment, informacje Polsatu, rozbiły tę konstrukcję w drobny pył. Bo oto okazało się, że role męskie i kobiece mogą zostać konsekwentnie zamienione: mężczyzna jest widocznym prezenterem, zaś kobiecy głos, pochodzący spoza ekranu, jest głosem autorytetu. Ale też nic dziwnego, że pośpiesznie stworzona konstrukcja interpretacyjna zawaliła się - obarczona była podstawowym błędem wyboru. Nagrywałem serwisy informacyjne, kierując się jedynie porą ich emisji (kolejność była więc przypadkowa), ponadto w różnych dniach tygodnia prezenterzy wymieniają się i zapewne zbieg okoliczności spowodował, że trafiłem na układ ról płciowych, w którym dominował mężczyzna. Przykład ten utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że spojrzenie na magazyny informacyjne z tego punktu widzenia może być interesujące.

Przedstawiam więc w tym miejscu następujące pomysły do refleksji nad fenomenem wiadomości telewizyjnych w Polsce drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych:

Po pierwsze: Analizie poddane być powinny takie zjawiska jak hierarchia ról prezenterów, postrzeganych jako wodzirejów show informacyjnego, zakres ich władzy w rozmaitych kontekstach (próbkę takiej wiedzy dostarcza książka dziennikarzy, Aleksandry Jakubowskiej i Jacka Snopkiewicza, Telewizja naga), następnie całokształt zjawisk związanych płciowością prezenterów i relacją tych ról do społecznego paradygmatu.

Po drugie: rozpatrzenia wymaga zagadnienie kodu hermeneutycznego wiadomości: pytanie, w jakim stopniu pragną one stosować narrację "zagadki" i logikę następstwa faktów i wynikania, w jakim zaś zakresie odrzucają te klasyczne normy i ukazują rozwiązanie przed ekspozycją.

Po trzecie: zagadnienie łączliwości (czy też syntagmatyki) w megatekście telewizji oraz we współczesnej kulturze audiowizualnej. Mam na myśli moje doświadczenie jednego z występów w lokalnej telewizji. Otóż moja rozmowa z dziennikarzem zapowiadana jako "rozmowa na żywo" z jakichś względów została nagrana kilkanaście minut wcześniej i wyemitowana w oznaczonym czasie. Spowodowało to, iż znalazłem się w domu z moją kompletnie zaskoczoną rodziną w chwili, gdy oglądany byłem na ekranie jako postać, z którą rozmawia się w studio telewizyjnym. Myślę, że owo przesunięcie w czasie pozornie drobne, kilkuminutowe, ale sygnalizujące radykalne odchodzenie od prezentacji "na żywo" może być uznane za metaforę dzisiejszych wiadomości telewizyjnych.

Dobrze ilustrują ten fakt badania Petera Dahlgrena [1985], który zastanawiał się nad sposobami recepcji telewizyjnych wiadomości i nakreślił następujący schemat trzech idealnych rejestrów odbioru:

- w trakcie odbioru archiwalnego uwaga widza jest nakierowana na fakty i dane, pochodzące z wiadomości traktowanych jako baza danych. Jest to raczej proces mechaniczny, nie zaś poznawczy, opierający się metaforze komputera-Ľródła oraz człowieka jako biernego odbiorcy danych;

- odbiór asocjacyjny włącza natomiast zgromadzoną wcześniej wiedzę telewidza, traktowanego, w przeciwieństwie do modelu poprzedniego, jako dynamiczny podmiot. Uruchamiane są semantyczne i wizualne konteksty, także wszelkie inne dostępne konteksty i afektywne dyspozycje widza.

Przekraczamy wymiar faktów i mamy wówczas do czynienia z twórczym procesem odbioru, zbliżając się do modelu podprogowego;

- na jego obszarze mamy do czynienia z uruchomieniem elementów podświadomości, rozumianej przez Dahlgrena jako obszar szczególnie kreatywny. Mianowicie mniej chodzi tutaj o fakt uruchamiania podświadomości widza, to wydaje się zarazem oczywiste, jak i wątpliwe: zależnie od stosunku badającego do psychoanalitycznych koncepcji. Istotne jest natomiast przekonanie, iż wiadomości wyrażają nieświadomość wytwórców tego gatunku.

Peter Dahlgren twierdzi ponadto, że - patrząc z tej perspektywy - miejsce wiadomości na obszarze wytworów współczesnej kultury jest szczególne: "Podprogowa recepcja dokonuje działań na materiale wiadomości w sposób paralelny do psychicznych operacji, dokonujących się w pracy snu: kondensacji, metaforze, przesunięciu (metonimii), inwersji i dramatyzacji" [1985: 248].

Wiadomości byłyby więc tekstem kultury także podatnym na analizę freudowską - co wszak nikogo nie dziwi wobec deklarowanej przez psychoanalityków globalności ich metody. Jednakże ich szczególność polega na tym, że nadal będąc tekstem kultury, zjawiskiem ogólniejszym, zbliżają się coraz bardziej w stronę świadomie i konsekwentnie ukształtowanego tekstu artystycznego. Znajomo brzmią te tezy dla czytelnika eseju Petera Wooda Telewizja jako sen [1993], w którym zwraca się uwagę na szereg podobieństw telewizji do snu i mechanizmów nim rządzącym. Myślę, że odkrywcze - dla telewidzów niewątpliwie - będzie nabycie pewności, że wiadomości telewizyjne, gatunek prezentujący rzeczywiste zdarzenia, znajduje się na odcinku - wyznaczonym z jednej strony przez rzeczywistość, a drugiej zaś przez fikcję - znacznie bliżej tego drugiego bieguna.

W moim przekonaniu bardzo istotną kwestią dla rozpatrywania zagadnień związanych z obszarem percepcji wiadomości stanowi funkcja komunikacyjna, a ściślej - fatyczna - rozumiana jako troska o nawiązanie kontaktu, jako funkcja "bycia z". W wiadomościach ktoś komunikuje się z kimś - obrazowym ekwiwalentem instancji, z którą widz się komunikuje jest prezenter telewizyjny.

Mamy na ogół - jeśli chodzi o kontekst komunikowania - do czynienia ze (1) spektaklem przyjemnościowym, w którym przyjemności pochodzić może zarówno z faktu legitymizacji znaczeń własnych i własnego miejsca w społeczeństwie, jak i z walki ze znaczeniami dominującymi.

(2) Nieprzyjemność zaś tematów wiadomości postrzegana bywa najczęściej jako forma przyjemności: istnienie przyjemności destrukcji i bałaganu jest w tym przypadku najlepszym przykładem tej postawy (im gorzej, tym bardziej lubię). Istnieje ponadto przyjemność (3) niepewności - cecha naszego wieku - oraz przyjemność narracyjna, która łagodzi chaos, (zwróćmy uwagę na praktykę CNN stosowania melodramatycznych konwencji muzycznych i ikonograficznych) [Langer, 1992].

Myślę, że w naszym polskim przypadku nowego wymiaru uzyskuje twierdzenie, iż wiadomości są "bękartem rozrywki". U nas jest to "bękart do kwadratu", bowiem rozrywka jest formą nieczystą i jeszcze niezbyt powszechnie akceptowaną przez elity tworzące opinie. To jest przyczyną swoistej hieratyczności i konsekwentnego poszukiwania przez stacje komercyjne "miejsca na rozrywkę" na obszarze wiadomości telewizyjnych.

Tym bardziej należy docenić rewolucyjną rolę, jaką spełniają na polskim obszarze "Fakty" TVN, stojąc, w opinii ich wydawców, pomiędzy formułą prezentyzmu i atrakcyjności "Gazety Wyborczej" a sensacyjnością "Super Expressu". Twórcy Faktów deklarują brak zainteresowania protokołem dworskim i spotkaniami polityków, z których niewiele wynika dla widza. Na czoło wysuwają natomiast wiadomości lokalne (także polskie, gdyż te gromadzą większą widownię niż zagraniczne). "Fakty" są w oczywisty sposób komercyjne, ale - być może dzięki temu - podporządkowały sobie politykę i w zasadzie wykorzystują polityków do stworzenia własnych i autorskich relacji [zob. W. Kot, Czas "Faktów" w tygodniku "Wprost", 21 lutego 1999, ss. 106-108]. Prezenter wiadomości zbliża się bardziej do pozycji wiarygodnego komentatora zjawisk, a nie tylko medium, wypowiadającego informacje, za które w żadnej mierze nie odpowiada. Reporter zaś jest członkiem większego zespołu dziennikarskiego, którego rola polega także na interpretacji zjawisk, tak więc: "Kamerzyście również nie wolno pozostać biernym ilustratorem. Gdy zauważy, że wywiadowanemu politykowi trzęsą się ręce albo mnie w nich kartkę ze zdenerwowania, powinien to zarejestrować, bo taki detal więcej mówi o rozmówcy niż wyraz jego twarzy" [W. Kot w powyższym artykule, s. 108].

Rewolucję w stylu przekazywania informacji mierzyć można ponadto miarą oporu wobec nowej formy. Tak więc nie dziwią krytyczne głosy telewidzów, zamieszczane w "Gazecie Wyborczej":

"Buntuję się przeciwko drastycznym scenom pokazywanym w Faktach w TVN. Oglądam ten program i podzielam oburzenie czytelnika, którego list zamieściła "Gazeta" (nr 266). W Faktach, bez słowa ostrzeżenia, w najdrobniejszych szczegółach pokazuje się krwawą operację na otwartym sercu. Potem przedstawia się makabryczne znalezisko: dwa spalone samochody, a w nich zwłoki niezidentyfikowanych ofiar. "oto, co z nich pozostało" - mówi komentator, po czym na wizji widzimy reportera, który kijem rozgrzebuje ludzkie szczątki. Przyznam, że zrobiło mi się słabo. Czemu służą takie sceny i czym uzasadnia się ich pokazywanie?!"

Uzasadnia się je zapewne potrzebami telewidzów (choć na pewno nie autora listu), a służą podtrzymaniu zasady sensacyjności i atrakcyjności. Nie bronię tego typu prezentacji, chociaż daleki jestem od totalnej krytyki. Każda rewolucja ma swoje ofiary i przeciwstawne sądy powinny towarzyszyć każdemu ciekawemu i nowemu zjawisku (sądzę, że kluczowe miejscu w oskarżeniu podanym przez widza odgrywa sąd "bez słowa ostrzeżenia", świadczący o silnym naruszeniu odbiorczych nastawień odbiorczych).

Rozważmy teraz dokładniej dwa zagadnienia, ogniskujące się w jednym fenomenie - postaci prezentera i sposobu prezentacji.

Oto para prezenterów (w TVP, stacjach lokalnych, ale nie w Polsacie i RTL-7): elegancka, poważna i dostojna. Znajdują się w jednym pomieszczeniu, które objaśnia ujęcie wprowadzające. Prezenterów widzimy razem na początku wiadomości, następnie w połowie i pod sam koniec (ale i wtedy nie spoglądają na siebie). Bowiem każdy czyta dla siebie, żyje swoim własnym życiem. Myślę o sporym kontraście, jaki towarzyszy zestawieniu tego obrazu z obrazem pary przyjaciół (takich w każdym razie odgrywają) dziennikarzy CNN czy SKY. Tam usłyszymy familiarne zwroty, zobaczymy mistrzowskie skrzyżowania spojrzeń poprzez łączenie linii wzroku: zobaczymy tam świat rodzinnej opowieści.

Lana Rakow i Kimberlie Kranich w sprawozdaniu z badań na łamach "Journal of Communication" zastanawiają się nad "Kobietą jako znakiem w telewizyjnych wiadomościach" (tak brzmi tytuł ich raportu [1991]). Autorki dochodzą do wniosków o bardzo niskiej roli społecznej kobiet w wiadomościach telewizyjnych. Twierdzą, iż - częściej niż w rzeczywistości - mężczyĽni są ekspertami i instancjami opiniotwórczymi. Wiadomości to głównie informacje o mężczyznach lub przedstawiające mężczyzn rozmawiających z mężczyznami. Główne dwa tematy, wokół których zogniskowane są wiadomości, to ekscytacja i powaga - wartości zasadniczo "męskie". Badania z końca lat 70-tych kreślą obraz nierówności płci i ras, które mają dostęp do ekranu wiadomości (mniej niż 10% ludzi zatrudnionych w tworzeniu wiadomości to kobiety, a zaledwie 3,5% to kobiety innego niż biały koloru skóry [Rakow, Kranich, 1991:12]). W latach póĽniejszych jest zaledwie nieco lepiej. Kobiety nie są Ľródłem poręczenia prawdziwości wypowiedzeń, bowiem bardzo rzadko występują w roli ekspertów telewizyjnych (mniej niż 15%). Stanowią natomiast obiekt pasywnego na ogół spojrzenia kamery: kobiety znaczenia przenoszą, a nie tworzą.

Sądzę, że ten problem istnieje w polskich wiadomościach i na ogół pewne nieśmiałe próby rozbicia męskiej dominacji interpretować trzeba jako - paradoksalne - pragnienie potwierdzenie kultury patriarchalnej poprzez unieważnienie nastawień usankcjonowanych w danej kulturze, w tym wypadku nastawień patriarchalnych. Na ogół dzieje się tak, że mężczyzna podsumowuje wiadomości (to oczywiste), natomiast zdarza się, iż kobieta, tak jak zbuntowana feministka w "Przygodzie na Mariensztacie", czyta sportowe wiadomości. Wówczas kamienna twarz kobiety-prezentera nie wyraża krztyny zainteresowania czytanym tekstem i nie ma wyrażać: to bowiem, o co tutaj chodzi, to pragnienie legitymizacji społecznej.

Przyjrzyjmy się dokładnie figurze głównej postaci wiadomości, za którą uznaje się zwykle prezentera. Główny bowiem problem wiadomości telewizyjnych, w porównaniu z tym gatunkiem w innych postaciach medialnych, polega na większym stopniu podmiotowości, na tym, że właściwie wszystko sprowadza się do pytania: "Kto mówi?" O ile prasowe historie zdają się pochodzić "znikąd", to w telewizji istnieje instancja (nawet "instytucja"), będąca Ľródłem wypowiadania. Charakterystyczne jest, że w pierwszych wiadomościach telewizyjnych reporter był niewidoczny: natomiast Ľródłem i autorytetem, poręczającym wiarygodność była wizualna prezentacja, pojmowana jako zdarzenie, połączona z narracją spoza obrazu [Morse, 1986: 56]. Obecnie wiadomości pochodzą z dobrze znanej przestrzeni wspólnoty społecznej i zadaniem wiarygodnych prezenterów jest dodatkowe uwiarygodnienie ich. Amerykanie wprowadzili pojęcie anchorman (człowiek-kotwica), które pochodzi z kampanii prezydenckiej z lat 50-tych, a oznaczało najszybszego biegacza w zespole sztafety, ostatniego w kolejności, lecz najpewniejszego. Postać telewizyjnego anchormana skupia na sobie uwagę i tworzy wzór - jednak to nie on jest Ľródłem wiadomości. W Stanach Zjednoczonych istnieją superpodmioty - są nimi wielkie stacje sieciowe, które osiągnęły narodową pozycję i w pewnym sensie własną tożsamość.

Sądy na temat prezenterów oscylują między przekonaniem, iż są oni nic nie znaczącymi postaciami, czytającymi teksty autorstwa innej osoby lub grupy osób, a przekonaniem, iż mogą oni stanowić tak samo ważną informację, jak opowiadane historie i postacie. Istnieją wyraziste przykłady dla ilustracji każdego z tych biegunów: wielkie indywidualności prezenterów wiadomości, ludzie instytucje (np. Walter Cronkite, który mówił, że prezenter jest jedyną postacią, posiadającą wiedzę o tym, co dzieje się w stacji telewizyjnej) oraz - możliwe do zaobserwowania w telewizjach europejskich - przykłady prezenterów pozbawionych osobowości i znaczenia, przezroczyste "media", nie identyfikujące się z odczytywanym materiałem.

Dzisiaj można mówić o znacznym wzroście autorytetu prezentera, a właściwie zmianie nastawienia do jego pozycji. Prezenter nie reprezentuje instytucji, ani nie jest zaledwie aktorem: jest sobą, postacią wyposażoną w autorytet jako rzeczywisty człowiek. Zwraca się uwagę na paradoksalność tej sytuacji (czy też roli społecznej): istnieją bowiem skomplikowane związki natury symbolicznej między prezenterem, stacją i widzem. Jakkolwiek jest postacią ograniczoną przez autorytet i siłę stacji nadawczej, to jednak prezentuje się widzowi jako osoba uprawniona do mówienia prawdy. Prowadzący wiadomości balansuje pomiędzy instytucją telewizji, reporterami (którym udziela głosu) a widzami: jest tym bardziej wiarygodny, im bardziej skrupulatnie zachowuje tę równowagę.

Walter Cronkite mówił o "magiczności" procesu opowiadania wiadomości [por. Morse, 1986: 59] i wydaje się, że właśnie ten mówiący podmiot przekazując wiadomości w pewien "magiczny" sposób spaja rozproszone elementy (nie tyle narracyjne, co kulturowe) w jednolitą całość. Ta mówiąca głowa reprezentuje postać, która jest podmiotem wypowiadania tekstu wiadomości, pewnej stacji TV, własnego "ja" oraz interesów publiczności.

Rola prawie niemożliwa do wykonania, tym bardziej, że poddająca w wątpliwość wiele historycznie ukształtowanych przekonań, dotyczących zachowań ekranowych. Na przykład dotyczących spojrzeń w kamerę: doświadczeni dziennikarze powiadają młodym adeptom, że najważniejsza sytuacja społeczna, budowana przez aktorów w teatrze newsów, polega na (symulacji) komunikacji twarzą w twarz. Wiadomości są w ten sposób upodmiotowione, bowiem mówione przez jakąś osobę do mnie, do widza, i naśladują rzeczywistą komunikację codzienności. W rezultacie podmiot mówiący w telewizji staje się bardziej realny - tym bardziej, że wykształcone zostały metody tworzenia wrażenia "bycia w tym miejscu". Są nimi w opinii amerykańskiej badaczki:

  1. wspólna przestrzeń: wiadomości są wprawdzie czytane, ale odczuwamy wrażenie jak gdyby nie były czytane, lecz powstawały spontanicznie w czasie rozmowy prowadzącego z widzem (ten efekt dodatkowo wzmacniany jest przez spojrzenie bezpośrednie oraz "magiczne" wargi czytającego lub rozmawiającego),


  2. wspólny czas: wiadomości są jednym z ostatnich bastionów bezpośredniości transmisji w przekazie telewizyjnym, jakkolwiek coraz częściej pojawiające się napisy "relacja bezpośrednia" oznaczają swoistą wyjątkowość tej formy przekazu. Jednakże nie fakt bezpośredniości wypowiedzenia wydaje się najbardziej istotny, lecz pewnego rodzaju wirtualny wspólny czas wytworzony przez samą wypowiedźwiadomości. Kluczowym elementem jest obecność podmiotu w wypowiedzi, która pokazuje mówiącego słowa, zwróconego "do nas" i mówiącego "do nas". Zwróćmy uwagę, że na ogół daty w relacjach są mniej ważne - bardziej istotne są określenia czasu w stosunku do "teraz": a więc - "wczoraj", dzisiaj rano", "jutro".


  3. Wiarygodność: chodzi w tym wypadku o wizualne wzory wiarygodności, upowszechnione w większości przekazów (np. uroda na ogół białych, przystojnych i nieodróżnialnych od siebie prezenterów) [Morse, 1986:62-66].


Oczywiście wiadomości (podobnie jak język wizualnych przedstawień klasycznego kina hollywoodzkiego) są sztuczne i konwencjonalne: respektują konwencję istnienia "czwartej ściany", nie uznają rzeczywistych ograniczeń obrazu telewizyjnego, akceptują status obrazu jako poręczyciela prawdy oraz - co wydaje się najważniejsze - kreują postaci wiadomości jako symbolicznych reprezentantów porządku społecznego. Prowadzący spełnia ponadto funkcję podstawowego czynnika koherencji tekstu wiadomości: ona/on powodują, że mamy do czynienia ze spójną całością, a nie kalejdoskopem migawkowych ujęć.

Margaret Morse, dokonując analizy amerykańskich dzienników telewizyjnych z punktu widzenia wiarygodności postaci prowadzących, zastanawia się rolą spełnianą przez wiadomości w całokształcie społecznego komunikowania. Czy wiadomości są rytuałem, a więc - najogólniej rzecz biorąc - powodują przemianę grupy widzów czy też spełniają warunki ceremonii, w trakcie której następuje potwierdzenie norm społecznych i kulturowych i porządek wygrywa z chaosem? Można powiedzieć, że wiadomości niewątpliwe nie są "kumplem" ani równorzędnym partnerem w rozmowie, ani też surowym i napominającym rodzicem. Ich cechą jest nieustanne zacieranie granicy między tego typu doświadczeniami (praktycznymi i znanymi nam z doświadczenia) a podstawowym, czyli legitymizowaniem społecznej rzeczywistości. Nasza wiedza jako widzów nie opiera się więc w pełni na wiedzy osobistej ze spotkania twarzą w twarz, ale wynika raczej ze znajomości z tymi postaciami. Nasza wiara nie jest zupełna, lecz opatrzona jest zastrzeżeniem: "Wiem, jednakże...". Wiadomości są więc codziennym rytuałem przejścia, posiadają pewien uświęcony liturgiczny rytuał (jakkolwiek nie o charakterze religijnym) - właściwie pewną sekwencję rytuału. Jednakże - podkreśla Morse [1986: 74-76] - dzisiejsze wiadomości amerykańskich sieci telewizyjnych zbliżają się bardziej w stronę ceremonii, zapewniającej społeczną kontrolę nad zjawiskiem: składa się na to restrykcyjny i autokratyczny prezenter, wpisujący się raczej w strukturę monologu niż dialogu.

Przytoczyć warto w tym miejscu badania, opisujące oczekiwania odbiorców, ukształtowane przez normy medium telewizyjnego w tym zakresie: przekonują one, iż telewizja jest istotnie "sztuką szczegółów" (takich jednak, które - w bardzo niestrukturalny sposób - mają decydujący wpływ na tworzenie znaczenia danej sceny). Fiske i Hartley dyskutują badania Baggaleya i Ducka:

"(...) jeśli mówiący pokazany jest półprofilem, ujęcie będzie dekodowane w większym stopniu jako ujęcie eksperta czy osoby, na których zdaniu można polegać niż w przypadku, gdy ten sam mówiący pokazanie en face. W telewizji pokazuje się zazwyczaj interlokutorów "ekspertów" z półprofilu, podczas gdy wykonawców czy spikerów (którzy przekazują nam cudzą wiedzę) z przodu. W tym przypadku kod telewizyjny różni się od kodu codziennego rzeczywistości i winni to wziąć pod uwagę politycy mówiący do kamery, jak gdyby zwracali się bezpośrednio do wyborców: w istocie, w transmisjach politycznych w Stanach Zjednoczonych przyjął się tego rodzaju zwyczaj przeprowadzania z politykiem wywiadów, podczas gdy w Wielkiej Brytanii zwraca się on zazwyczaj wprost do kamery. Tak więc dla reżysera telewizyjnego wybór ujęcia ograniczony jest normami ustanowionymi już przez medium; reżyser filmu artystycznego gotów będzie ustanawiać własne normy w tym filmie" [Fiske, Hartley, 1984: 19].

Dodajmy do tego badania na temat wiarygodności prezenterów pokazywanych w planie bliższym, gdy nie widać notatek (wiarygodność wysoka) lub w planie pełnym, gdy widoczne są papiery rozłożone na stoliku (to pozbawia mówcę jasności i rzetelności). Wówczas okaże się, że - po pierwsze - znajomość tych elementów "języka telewizji" jest decydująca dla osiągnięcia zamierzonego przez nadawcę efektu znaczeniowego, po drugie zaś - iż są one relatywizowane kulturowo - inaczej postrzegają te "istotne drobiazgi" Amerykanie, inaczej Brytyjczycy. Prawdopodobnie inaczej Polacy: ostatnie lata przyniosły w tej dziedzinie szokujące doświadczenia, związane z rozbiciem monopolu "jedynie możliwych" sposobów prezentacji, utrwalonych przez dziennik TVP z epoki PRL-u. Na przykład, szokujące były 7 minutowe dzienniki RTL-7, nadawane od grudnia 1997 roku: przy czym szok dotyczył nie tylko czasu trwania (chociaż to na swój sposób było intrygujące doświadczenie dla starszych telewidzów pamiętających dzienniki sprzed kilkunastu lat). Najbardziej chyba irytowała (ale często w sensie pozytywnym tego słowa) bliskość twarzy prezentera. Obudowany rozmaitymi napisami i logo stacji (zwykle po lewej stronie) ekran pokazywał twarz w półzbliżeniu (lewy bark był zwykle poza ekranem) - czego efektem była nieznośna bliskość tej postaci i prawie jej fizyczna obecność w pokoju telewidza.

Jest jeszcze jeden element polskiej rewolucji medialnej. Jak twierdzi socjolog, spikerzy telewizyjni przejęli rolę, jaką dawniej pełnili intelektualiści: pisarze i filozofowie, a w konsekwencji tego stanu rzeczy: "Nie ma już mistrzów myślenia, nikt nie sprawuje rządu dusz" [A. Krzemiński, Nierząd dusz. "Polityka", 15.03.1997, ss. 45-46]. No cóż, rewolucja (medialna) dotyczy wielu sfer, nie tylko formy prezentacji, zaś telewizja wymaga przede wszystkim respektowania jej praw: te zaś znają (na ogół) dziennikarze, przeprowadzający wywiad z intelektualistami, nie zaś ci ostatni.

Wracając do tytułowego zagadnienia, powiemy, że wiadomości są tak popularne i tak samo wstydliwie traktowane jak mydlane opery (ogląda się je mimowolnie, "w zasadzie nie znam, ale wykazuję znajomość w rozmowie"), jednakże są bardziej prestiżowe. Wiadomości TV, zapewniając codzienne forum dla widzów rozmaitych kategorii społecznych, upewniają ich we własnej politycznej kompetencji. Jednakże myślę, że ta legitymizacyjna funkcja jest dwoista i skomplikowana. Z jednej strony wiadomości są potencjalnym narzędziem politycznego wpływu, z drugiej zaś istnieją dowody na to, że społeczne użycie wiadomości przez publiczność oglądającą nie jest instytucjonalizowane i nie ma bezpośredniego zakotwiczenia w politycznej realności. Trzeba w tym miejscu wyciągnąć wnioski z lekcji rozumienia zjawisk kultury popularnej, zaproponowanej przez British Cultural Studies, przez Johna Fiske, trzeba przypomnieć, iż kultura popularna postrzegana być powinna jako oręż walki zdominowanych wobec kultury dominującej.

Być może wszystko, co miałem tutaj do powiedzenia na temat telewizji jest zaledwie wyrazem braku zgody na myśl Umberto Eco, wypowiedzianą podczas konferencji prasowej w Warszawie w lutym 1996 roku. Profesor semiologii i prześmiewca telewizji (myślę o jego dowcipnym, ale nie zostawiającym złudzeń co do stosunku do tego zagadnienia "Przewodniku po neotelewizji lat osiemdziesiątych") stwierdził, iż telewizja może być użyteczna, gdy pokazuje świat. Bywa natomiast bardzo niebezpieczna, gdy pokazuje samą siebie, kontynuował autor Imienia róży. Ja utrzymuję, że telewizja nie może ukazywać świata bez zaznaczania swojej w nim obecności i najczęściej kreacji tegoż świata, czyli - implicytnie związanej z telewizją - koncepcją rozrywkowego przedstawiania wszelkich relacji o świecie. Myślę także, kontynuujmy paradoks, że pokazując "zaledwie" siebie zwykle mówi o świecie więcej, aniżeli wtedy, gdyby udawała, że jest jedynie obiektywnym oknem.

Nie chciałbym, aby ocena telewizyjnych wiadomości wyglądała jednoznacznie negatywnie. Zasadniczo są one gatunkiem "fałszywym": symulującym prezentację rzeczywistości poprzez włączenie jej obrazów w dyskurs rozrywkowego przedstawienia. Jednakże sprzyjają także powstawaniu aktywnej i "trudniejszej" przyjemności: przyjemności oporu i krytyki wobec dominującego dyskursu. Nie mówiąc już o tym, że potwierdzają fakt posiadania pewnej wiedzy i społecznego statusu widza jako osoby aktywnej społecznie. To z kolei stanowić może powód do powstania dwuznacznych ocen i nie może być wartościowane jednoznacznie pozytywnie. Chyba że uznamy za prawdziwą tezę, której coraz bardziej sprzyjam, iż każdy odruch aktywności mentalnej widza telewizyjnego sprzyja jego lepszemu poznaniu świata pozatelewizyjnego. W procesie odbioru przekazów telewizyjnych najwyraĽniej widać, że nie ma odczytań złych i dobrych: są natomiast dominujące (zwykle łatwiejsze i bardziej narzucające się, gdyż nie wymagają wysiłku). Te zaś, które wykraczają poza nie - w jakikolwiek sposób nie byłyby motywowane - stanowią domenę semiotycznej wolności widza.

Na koniec pomówmy o marzeniach. Gdy Piotr Najsztub w rozmowie z Jackiem Żakowskim, zadaje pytanie: "A w telewizji chciałbyś jeszcze coś robić?" ["Viva", 4.01.1999, ss. 58-60], otrzymuje wówczas odpowiedĽ:

"Marzy mi się autorski dziennik telewizyjny. Taki codzienny półgodzinny albo nawet godzinny póĽnowieczorny program, w którym bez etykiety opowiada się o tym, co się tego dnia stało i razem z różnymi osobami próbujemy zrozumieć, co z tego może wynikać. Bez zadęcia, normalny, w którym mówi się o ważnych rzeczach, a nie o tym, jaki prezydent przyjechał, a jaki wyjechał. Dziennik, w którym nie będzie widać przerażenia na twarzy prezentera".

Kłopot w tym, że Żakowski chce połączyć zbyt wiele elementów - niemożliwych do współdziałania. Niewątpliwie prezenter "Faktów" TVN nie ma przerażonej twarzy, choć zapewne ten program nie jest wymarzonym przez współtwórcę "Tok szoku". Na pewno najwięcej cech wymienionych wyżej spełnia godzinny dziennik amerykańskiej Public Broadcasting Service "Jim Lehrer Newshour". Kłopot w tym, że bardzo niewiele osób ogląda go i ma opinię bardzo nudnego programu - a przecież "być nudnym" to największy grzech w telewizji.






Rozdział "Wiadomości telewizyjne jako mydlana opera dla mężczyzn" pochodzi z książki prof. dr hab. Wiesława Godzica pt. Telewizja jako kultura,
Wydawnictwo RABID, Kraków 1999


Dziękujemy autorowi za udostępnienie tekstu.


© by Wiesław Godzic and RABID