W niewoli symulakrów - przypadek USA
 Piotr Kletowski

 | "-
Radary wojskowe nie zarejestrowały żadnych baz terrorystycznych na
teranie Albanii, żadnych działań wojennych. Albański rząd krzyczy w
niebogłosy w swojej obronie, a Europa nie wierzy w żadną amerykańską
defensywę. Tej wojny wcale nie ma !
- Jak to nie ma ? Nie ogląda pan telewizji ?"
- z listy dialogowej filmu "FAKTY I AKTY" ("WAG THE DOG"), reż. Barry Levinson, USA, 1997.
|  | Na
początku mojej pracy chciałbym z przykrością stwierdzić, że Ameryki nie
ma. Jest tylko jej symulacja, symulacja obrazowa i dźwiękowa. Istnieje
tylko ta Ameryka, która zjawia się na kinowych i telewizyjnych
ekranach, bądź na monitorach komputerów. Ale i tam jej trwanie jest
chwilowe i przemijające. Jeden obraz Ameryki jest natychmiast
zastępowany przez inny. Jeden konstrukt obrazowo - dźwiękowy morduje
drugi tylko po to, aby być zlikwidowanym przez następny. "TU" i "TERAZ"
- oto imię i nazwisko amerykańskich mass - mediów. Nie ma czasu
przeszłego i przyszłego, jest tylko to, co dzieje się w chwili obecnej.
Obrazy wylewają się strumieniami z ekranów i do ich zadań należy nie
tylko eliminowanie samych siebie, zmazują one także rzeczywistość,
którą przedstawiają w swoim uniwersum światła i dźwięku. I bynajmniej
nie tylko telewizja ma swój udział w procederze zmazywania tego, co
przedstawiane, w procesie mordowania rzeczywistej realności przez
realność nierzeczywistą, bierze w tym także udział jej starsza siostra
- dziesiąta muza.
Seattle, początek sierpnia. Idę do małego, kameralnego kina, znajdującego się w dzielnicy studenckiej, na film Jamesa Mangolda "COPLAND" (1997). Akcja obrazu rozgrywa się współcześnie, jego tytuł przetłumaczyć można na "GLINOWO"
- miasto gliniarzy - to właśnie tutaj toczy się walka pomiędzy
samotnym, sprawiedliwym policjantem (Sylvester Stallone), a bandą jego
kolegów po fachu, skorumpowanych i nadużywających przemocy. Krew,
przemoc, przekleństwa, rozbijane samochody i mordercza konfrontacja,
której celem jest dominacja, władza, pieniądze. W finale sprawiedliwy
samotnik wygrywa swoją batalię. "Nikt nie może stać ponad prawem" - kończy całą opowieść głos oficera Departamentu Spraw Wewnętrznych (Robert De Niro).
Wracam do domu, włączam telewizor. Kanał CBS, lecą "Wiadomości". Po
informacjach dotyczących kongresowej debaty następuje krótki, reklamowy
spot, głos zza kadru oznajmia: "Zostańcie z nami, za chwilę o brutalnym nadużyciu nowojorskiej policji".
Zaciemnienie, kilka szybkich, treściwych reklam: agencji
ubezpieczeniowej, nowego samochodu i serialu telewizyjnego. Ponownie
krótki spot "News - ów" : "Już za chwilę o tragicznych wydarzeniach, jakie miały miejsce w jednym z nowojorskich posterunków".
I znów parę reklam samochodów, banków, sklepów - t o w a r ó w (odnosi
się wrażenie, że Ameryka to jeden wielki sklep. Wszystko tu krzyczy: "Kup mnie !").
I wreszcie ponownie "Wiadomości". Przenosimy się do Nowego Yorku, na
Brooklyn. Przed posterunkiem policji stoi dziennikarz, wprowadza nas w
tajniki sprawy. To właśnie do tego budynku 11 sierpnia 1997 r, został
przewieziony trzydziestoletni Abner Luima, aresztowany pod zarzutem
handlu narkotykami. Policjanci, którzy dokonali aresztowania,
przystąpili do przesłuchiwania Haitańczyka. Poszły w ruch pałki,
pięści, kolby od automatycznych strzelb. Pobitego do krwi emigranta
zawleczono do toalety, gdzie przy pomocy przetykacza do klozetowych
muszli zaserwowano mu brutalną lewatywę. Teraz Luima, w ciężkim stanie,
przebywa na oddziale intensywnej terapii w jednym z nowojorskich
szpitali. Przeciwko sadystycznym policjantom, siedzącym już od paru
godzin w areszcie śledczym, wszczęto dochodzenie. Postawiono im zarzut
o nadużywanie władzy. "Nikt nie może stać ponad prawem, zwłaszcza ci, którzy tego prawa bronią" - mówi zastępca prokuratora stanu Nowy York, powołany specjalnie do badania sprawy Luimy.
Zaraz po "Wiadomościach" następuje kolejny blok reklamowy. Wśród reklam kosmetyków i komputerów zwiastun filmu "COPLAND"
Jamesa Mangolda z wyeksponowanym początkowym fragmentem filmu,
ukazującym młodego policjanta strzelającego do prowadzących sportowy
samochód czarnoskórych mężczyzn. "Kto powstrzyma zło działające pod osłoną prawa ?" - pyta retorycznie głos towarzyszący zwiastunowi.
Co jest realne, a co fikcyjne ? Czy realni są nadużywający swej władzy
policjanci z filmu Mangolda, czy gliniarze z brooklyńskiego posterunku,
brutalnie molestujący haitańskiego emigranta ? Co jest sytuacją
oryginalną, a co tylko jej kopią ? Czy realny jest filmowy gang w
niebieskich mundurach, dowodzony przez nieustępliwego Raya Donlana
(Harvey Keitel), czy może jego rzeczywisty odpowiednik z nowojorskiej
ulicy ? A może obydwie sytuacje są fikcyjne ? Może to wszystko, co
pokazuje telewizja, to jedna, gigantyczna kampania reklamowa promująca
film "COPLAND"
? Być może to film pokazuje prawdziwą rzeczywistość, a telewizja tylko
jej nieudolną symulację (bo pozbawioną dźwięku Dolby Digital).
"Żyjemy w sytuacji hiperrzeczywistości, gdzie istnieją doskonałe kopie pozbawione oryginałów."
Czy "COPLAND" jest symulacją brooklińskich wydarzeń, czy brooklyńskie wydarzenia są symulacja "COPLANDU"
? Granica pomiędzy fikcją a rzeczywistością ulega stopniowemu, acz
systematycznemu zacieraniu. Audio - wizualne obrazy są do siebie bardzo
podobne, ikony przemocy posiadają ten sam materialny status,
zarówno w przestrzeni rzeczywistości fizycznej, jak i tej wykreowanej
przez media. Zacięta twarz sadystycznego gliniarza, pokazywana w CBS,
jest twarzą psychopatycznego policjanta z kinowego ekranu.
Ma się wrażenie, że to, co zapośredniczone przez obrazy audio -
wizualne, wydaje się być czymś prawdziwszym, bardziej realistycznym
wobec przestrzeni psychofizycznej, w której przychodzi nam żyć.
Intensywność obrazu emanującego z ekranu telewizora przyćmiewa
rzeczywisty świat, czyniąc żyjących w nim ludzi fantomami.
"¦wiat składa się tylko z postrzeżeń: poza
postrzeżeniami nic w nim nie ma. Dla przedmiotów świata zewnętrznego
"istnieć" znaczy "być postrzeganym" (esse = percipi). Rzeczy, które by
były różne od postrzeżeń, są tylko fikcjami umysłu. Jeżeli materia ma
być substancją istniejącą niezależnie od postrzeżeń, to - nie ma
materii. Jeżeli ciała mają być częściami tak pojętej materii, to - nie
ma ciał. Oto immaterializm Berkeleya."
Ameryka to jeden wielki, ciągle zmieniający się obraz. Wszystko
wyznacza tu rama kadru: telewizora, ekranu kinowego, monitora
komputerowego. Analogiczne do oglądania telewizji jest także zwiedzanie
Ameryki przy pomocy samochodu. Przemierzasz ogromne przestrzenie swym
czterokołowym wehikułem, oglądając przez samochodową szybę, ograniczoną
ramą z tworzywa sztucznego, złote plaże Kalifornii, górzyste krajobrazy
stanu Washington, stojące w rozgrzanym powietrzu Miasto Aniołów. Widoki
percypowane przez samochodowe "okienko" zmieniają się równie szybko jak
obrazy w telewizorze, gdy uprawiasz "zapping" przy pomocy pilota,
wygodnie siedząc w fotelu typu "Lazzy - Boy". To, co jak w
kalejdoskopie zmieniało się, gdy patrzyłeś przez szybę mknącego szosą
auta, możesz zobaczyć na ekranie swego TV - SET -u.
Czy n a p r a w d ę można dostrzec jakąś znaczącą różnicę pomiędzy
obrazami uważanymi za realne a tymi kreowanymi przez telewizyjne medium
?
Chyba tak - telewizyjne obrazy są bowiem r e a l n i e j s z e ,
piękniejsze, głębiej zapadające w pamięć. Po miesiącach spędzonych w
Ameryce lepiej pamiętasz jej obraz zapośredniczony przez audio -
wizualne media niż ten, który widziałeś na własne oczy.
"(...) symulacja stawia pod znakiem zapytania
różnice między "prawdziwym" a "fałszywym", między światem
"rzeczywistości" a światem "wyobraźni."
Koniec sierpnia, Redwood City, parę kilometrów od San Francisco.
Ponownie siedzę w kinie. Tym razem to już nie kino kameralne, to ODEON,
cineplex, "świątynia dziesiątej muzy", dziesięciosalowe, filmowe
imperium. Przed budynkiem gigantyczny, samochodowy parking, dziesiątki
ludzi kupujących bilety w okienku i wchodzących do kina przez
olbrzymie, oszklone drzwi. Dziesiątki innych opuszczających tylnym
wejściem jeden z segmentów cineplexu - to ci, którzy już obejrzeli.
Niekończąca się rotacja niewolników ruchomego obrazu. Moja wyobraźnia
przywołuje obraz maszyny - Molocha z "METROPOLIS" (1926) Fritza Langa. Długo nie mogę wyrzucić tego obrazu z mojej pamięci.
Oglądam "G. I. JANE" (1997)
Ridleya Scotta. Temat filmu: kobiety w amerykańskiej armii. Demie Moore
zdejmuje mundur wojskowego analityka i przywdziewa moro komandosa
elitarnej jednostki "Neavy - Seals". Morderczy trening, sadystyczny
sierżant (Viggo Mortensen), wrogość otaczających kobietę mężczyzn. Po
wielu trudach wreszcie zwycięstwo nad własnymi słabościami i aprobata
ze strony oddziału. Na koniec chrzest bojowy gdzieś na Bliskim
Wschodzie, rekonesans zakończony krwawą łaźnią. Porucznik Jordan
O’Neill zachowuje zimną krew i wyprowadza swoich ludzi spod gradu
karabinowych kul.
Sala kinowa wypełniona po brzegi, spontaniczne reakcje publiczności,
nikt nie gwiżdże, nikt się nie śmieje; mężczyźni i kobiety
spontanicznie biją brawo, gdy filmowa pani porucznik kopie w krocze
poniżającego ją sierżanta.
Premierze filmu Scotta towarzyszy debata na temat udziału kobiet w
formacjach wojskowych rzucanych na pierwszą linię frontu. W FOX TV, dwa
dni po obejrzeniu "G.I. JANE",
śledzę program dotyczący dwóch Amerykanek od sześciu lat służących w
szeregach US AIR FORCE. Mają na koncie uczestnictwo w GULF WAR (wojnie
w Zatoce Perskiej), są odznaczone i szczęśliwe. Służąc Ameryce swoimi
bojowymi umiejętnościami, odnalazły prawdziwy sens życia. Dzień później
na HBO oglądam "SZALONˇ ODWAGĘ" ("COURAGE UNDER FIRE", 1996), w
reżyserii Edwarda Zwicka. Tu też jest kobieta w armii, grana przez
kruchą Meg Ryan, bohaterska pani kapitan oddająca życie za swych
podwładnych w jednej z bitew o Kuwejt. Zaraz po filmie poszatkowane
reklamami i informacyjnymi spotami "Wiadomości" CBS podają informację
dnia: dwudziestoośmioletnia pani sierżant zaskarża swoich przełożonych
o fizyczne i psychiczne znęcanie się nad nią i jej dwiema koleżankami.
Parę godzin później David Latterman zastanawia się w swoim show,
komentując występ Demie Moore w "G.I. JANE", czy dobry żołnierz może mieć ładne piersi.
Czy telewizyjna debata na temat udziału "słabej płci" w wojskowych
strukturach jest ilustracją i komentarzem prawdziwych wydarzeń, czy
może tylko tych ukazanych w filmie Ridleya Scotta ? Czy sam film
nawiązuje do rzeczywistych problemów, czy raczej jawi się jako przykład
kopii bez oryginału, totalnej symulakry rzeczywistości, która już dawno
przestała istnieć ?
"Żyjemy zatem wszyscy we wszechświecie osobliwie
podobnym do oryginału - rzeczy są w nim dublowane przez scenariusze
tych rzeczy. Ale to dublowanie nie oznacza, jak to tradycyjnie bywało,
bliskości ich śmierci - śmierć została z nich ekspurgowana i to nawet
bardziej niż życie, są bardziej uśmiechnięte, autentyczniejsze w
porównaniu ze swoim modelem, podobne twarzom w domach pogrzebowych."
W przestrzeni kinowego uniwersum króluje "G.I. JANE"
- czyli "kobiety w armii", w telewizji ten sam temat eksploatowany jest
na wszystkie sposoby. Rzeczywistość filmowa znajduje swoje przedłużenie
w rzeczywistości telewizyjnej (może powinienem napisać quasi -
rzeczywistość filmowa i quasi - rzeczywistość telewizyjna ?), wydaje
się, że poza tym audio - wizualnym łańcuchem symulakrów nic innego
istnieć nie może.
"(...) przy czym istnieje kopia i obraz wirtualny tej (realnej - przyp. Piotr Kletowski)
rzeczywistości, ale nie ma ich oryginału: refleksję można jeszcze
uprawiać tylko jako krytykę obrazu odzwierciedlanego, same wydarzenia
są już tylko pseudo - wydarzeniami, produkowanymi przez media operujące
obrazem. To, co realne, jest wytworem mediów, media są producentami
fałszywej rzeczywistości, którą dysponuje władza polityczna."
Ameryka ma tożsamość telewizyjną, tożsamość migawki telewizyjnej lampy
katodowej. Ameryki nie ma, jest tylko jej audiowizualna symulakra, signifiant bez signifié , zbudowana z ciągle wymieniających się obrazów.
Z symulacyjną tożsamością Ameryki wiąże się amerykańska obsesja
tęsknoty za realnością, wyrażająca się w zjawisku "second handu", czyli
nagminnym kupowaniu i używaniu rzeczy wcześniej przez kogoś kupionych,
używanych i sprzedanych (lub po prostu oddanych) do sklepu. Używanie
ubrań zakupionych w "secondhandowym" sklepie daje
poczucie własnego bytu i bytu drugiego człowieka. Jeżeli istniał t e n
drugi i używał t e j pary jeansów, to i j a istnieję, skoro chodzę
właśnie w t y c h spodniach. Posiadam bowiem coś, co już wcześniej było
posiadane, dlatego moja materialna egzystencja zostaje potwierdzona -
oto śmieszność stająca się filozofią.
Podświadome poświadczanie swej fizycznej egzystencji poprzez symboliczny znak istnienia drugiego człowieka, jest idée fixe Amerykanów,
jest formą pewnej nieświadomej obrony przed całkowitym rozpuszczeniem
własnej fizyczności w symulakrum obrazów produkowanych przez media.
Wszystko to jest jednak tylko walką z wiatrakami. Realna rzeczywistość
nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością medialnego uniwersum.
Każdy Amerykanin doskonale wie, że tylko w telewizyjnej przestrzeni
można potwierdzić swoje prawdziwe istnienie. Bo, jak mówi bohaterka
filmu Gusa Van Santa "ZA WSZELKˇ CENĘ" ("TO DIE FOR", 1994), "nie ma cię, nie istniejesz dopóki nie wystąpisz w telewizji". W Ameryce BYĆ, TO BYĆ POSTRZEGANYM.
Wyjeżdżam z Ameryki, kraju o symulacyjnej tożsamości.
Już w Polsce oglądam film Barry’ego Levinsona "WAG THE DOG",
polityczną satyrę zrealizowaną podług scenariusza Davida Mameta,
obnażającą w pełni mechanizmy audio - wizualnej symulacji amerykańskiej
rzeczywistości.
Oto prezydent Stanów Zjednoczonych gwałci w Białym Domu dziewczynkę, na
11 dni przed wyborami. Sztab wyborczy jest zdruzgotany "wyczynem"
prezydenta. Aby odciągnąć opinię publiczną od niecnych występków głowy
państwa, eksperci od środków masowego przekazu "montują" wojnę w
Albanii. Oczywiście nie jest to wojna w swym rzeczywistym, fizycznym
wymiarze, tylko jej pozór, symulacja w telewizyjnym studio. W mass -
medialnej rzeczywistości zostają wykreowane obrazy pełne bólu,
cierpienia, a nieco później, euforii i zwycięstwa. Ameryka to kupuje,
pozór szybko przyjmuje za prawdę (oczywiście nic nie wiedząc o
mechanizmach całej symulacji), reputacja prezydenta jest ocalona,
wygraną w wyborach ma zapewnioną.
Film Levinsona, ukazując przejrzyście procesy symulowania rzeczywistości, sam mieści się w paradygmacie symulakry. "WAG THE DOG"
wszedł bowiem na ekrany kin w Ameryce w styczniu 1998 r. W tym samym
miesiącu wybuchł skandal związany z osobą Moniki Levinsky, stażystki w
Białym Domu, która oskarżyła prezydenta o molestowanie seksualne.
Prezydent znalazł się w poważnych tarapatach, wszakże parę miesięcy
wcześniej, także o molestowanie seksualne, zaskarżyła go, żądając
wysokiego odszkodowania, Paula Jones. Clinton oczywiście wszystkiemu
zaprzeczył, ale to nie wystarczyło, aby uspokoić opinię publiczną.
Pozycja prezydenta zaczęła się bardzo poważnie chwiać. Wszystkim w
Ameryce wydawało się, że kłamliwy prezydent szybko ustąpi, bo cóż mogło być bardziej podniecającego dla gawiedzi niż afera "Zippergate" ?
Jak na życzenie odżyła jednak sprawa Iraku i groźba kolejnej wojny w
Zatoce Perskiej. Już na początku lutego media podały, że niepoprawny
Saddam Hussayn odmówił wpuszczenia specjalistów ONZ do swoich pałaców,
gdzie składowana była chemiczna broń o dużej mocy. Amerykanie
zmobilizowali w rejonie zatoki swe siły militarne, w szybkim tempie
przerzucając na Bliski Wschód doborowe oddziały marynarki i lotnictwa.
Gdy w całych Stanach Zjednoczonych przygotowania do "GULF WAR - PART
II" rozpoczęły się na całego, o Monice Lewinsky pamiętał już tylko
prokurator specjalny Kenneth Star, człowiek o "zimnej" osobowości
("COOL MEDIUM"), czyli nikt, w przestrzeni telewizyjnego uniwersum.
Ta dziwna sytuacja społeczno - polityczna, w której udział wzięła cała
Ameryka, była zapośredniczona przez media i wszystko inne, co znalazło
się poza nimi, nie miało prawa egzystować.
"Przy takiej argumentacji nie może istnieć żadna oryginalna
rzeczywistość, której obraz jest reprodukowany na milionach ekranów."
Film "WAG THE DOG"
opowiadając o mass - medialnej symulacji, która kreuje rzeczywistość,
dubluje jednocześnie autentyczną sytuacje, bohaterem której staje się
prezydent Bill Clinton. Nie można opędzić się od przeświadczenia, że
doradcy Clintona powtórzyli sytuację z filmu, kreując symulacje nawet
nie tyle wojny, co przygotowań do niej. Bo tak naprawdę trudno jest
dociec, co było pierwsze: film dublujący rzeczywistość, czy
rzeczywistość dublująca film. Książka Larry’ego Beinharta pt. "AN AMERICAN HERO",
na podstawie której stworzono scenariusz filmu Levinsona, została
napisana zaraz po pierwszych seksualnych ekscesach Clintona, ale tuż
przed jego "przygodą" z panna Lewinsky. Przygotowania do wojny zaczną
się w kilka dni po wniesieniu przez Paulę Jones pozwu przeciwko
prezydentowi, ale nabrały prawdziwego rozpędu z chwilą ujawnienia
Clintonowskich figli z udziałem młodej stażystki.
Ten swoisty transfer rzeczywistości kreowanej i kreacji rzeczywistości
jest niezwykle trudny do rozszyfrowania. Nie sposób tak do końca
określić, co jest w tej znaczeniowej układance pierwsze, czy ekscesy
prezydenta, czy ich filmowa symulacja. Zatarciu ulegają bowiem
podstawowe wartości czaso - przestrzenne. Obrazowe uniwersum
redefiniuje czas i przestrzeń, ustanawiając dla nich własne,
odpowiadające jej wymaganiom trajektorie.
"Wideo (generalnie audio - wizualna przestrzeń - dop. Piotr Kletowski)
uczestniczy w ustanawianiu natychmiastowej interaktywnej lokalizacji
nowej "czaso - przestrzeni", która nie ma nic wspólnego z topografią, z
przestrzenią geograficznych lub po prostu geometrycznych odległości".
Ameryki tak naprawdę w ogóle nie ma, istnieje tylko jej obrazowo -
dźwiękowa symulacja. Miał rację Jean Baudrillard twierdząc, że
Disneyland jest symbolem Ameryki, czy raczej czymś, co ukrywa fakt, ze
rzeczywista Ameryka nie istnieje. Jest tylko jej obraz, nie kończąca
się nigdy procesja symulakrów, kopii bez oryginału, elementów
znaczących bez elementu znaczonego. Baudrillardowskim Disneylandem jest
mass - medialne uniwersum, do którego przynależą i kino i telewizja i
przekazujący obrazowo - dźwiękowe informację Internet - systemy
produkujące o b r a z y, wymazujące skutecznie fizyczną realność,
realność nie zapośredniczoną przez elektroniczne przekaźniki.
Czy sytuacja, w której materialna rzeczywistość zostaje rozpuszczana w
totalnej symulacji jest charakterystyczna tylko dla Stanów
Zjednoczonych ?
Po części tak, ale przecież, jak krzyczy Bono, solista U2, podczas koncertu promującego album "ZOOTROPE": "We are all living in America !".
Wszyscy żyjemy w Ameryce, tylko może jeszcze tego w pełni nie dostrzegamy.
|