|  |
 | Telesklep, mon amour
 Konrad Klejsa

 | Myślę, więc jem
-slogan reklamowy McDonalda (czerwiec 1999)
Po co marzyć? Daj czadu! Kupuj!
-slogan reklamowy Media Markt (luty 2000)
|  | W 1988 r. łódzkie osiedle, cynicznie nazwane Manhattanem, zafundowało sobie telewizję satelitarną. Mieliśmy być bliżej świata
- i dalej od siermiężnego repertuaru serwowanego przez Radiokomitet.
Moje pierwsze doświadczenia z nową zabawką przypominają mi dziś
spotkanie małp z artefaktem obcych z Odysei kosmicznej
Kubricka. Obrazy, na które patrzyłem, odbiegały dalece od tego, co
przyzwyczajony byłem oglądać, kierowały się nieznaną mi wówczas logiką.
Ciekawiło mnie wszystko - od kreskówek, po animowaną prognozę pogody i
zapowiedzi programowe. Szczególnym zainteresowaniem darzyłem pokazywane
na niemieckich kanałach prezentacje telesklepu - nie rozumiejąc, na
czym rzecz polega. Dziś, gdy teleshopping zadomowił się w Polsce na dobre, intryguje mnie i zastanawia jeszcze bardziej.
Rzut oka na repertuar stacji telewizyjnych pozwala zorientować
się w skali zjawiska. Od kilku lat większość polskojęzycznych programów
emituje spoty telesklepów, w niektórych zaś (jak w Polonii 1) stanowią
one jedną czwartą oferty. Codzienne doświadczenie telewidza przekonuje,
że teleshopping nie jest marginalną osobliwością, lecz istotnym
dla współczesnej kultury masowej fenomenem, któremu warto uważnie się
przyjrzeć. W dalszej części tekstu zastanowię się nad retoryką
telesklepów i obecnymi w ich przekazach elementami perswazji. Obszerny
wstęp podporządkuję przypomnieniu kulturowych kontekstów omawianego
zjawiska, w szczególności wymuszonej obsesji kupowania wynikającej z
potrzeby samookreślenia.
* * *
1. Jeszcze o najważniejszym. Serial fantastyczno-naukowy Sliders,
nadawany na stacji RTL 7, eksploatuje znany od czasów Platońskiej
utopii pomysł. Bohaterowie, wzorem Swiftowskiego Guliwera, wędrują po
światach skonstruowanych inaczej niż nasz, poznając alternatywne
sposoby funkcjonowania społeczeństw. W jednym z odcinków trafiają do
miasta, którego obywatele oddają się tylko jednej przyjemności -
kupowaniu. Każdy pracujący człowiek jest zobowiązany przeznaczyć połowę
swojej pensji na zakupy w miejskim centrum handlowym, jeśli zaś będzie
próbował wykręcić się z tego obowiązku, zostanie aresztowany i osadzony
w więzieniu. Przymus społeczny i sankcje prawne sprawiają, że każdy
mieszkaniec tej upiornej supermarketowej rzeczywistości skrupulatnie
stosuje się do narzuconego porządku. Jeden z bohaterów, omamiony przez
reklamę, żali się swojemu koledze: Kupiłem dla niej tylko dziesięć prezentów, gdzie ja miałem głowę?
Ten smutny wizerunek społeczeństwa zżeranego przez potrzebę
kupowania wpisuje się znakomicie w szereg diagnoz poświęconych
zagrożeniom wynikającym z rozprzestrzeniania się konsumpcjonizmu jako
filozofii życia współczesnego człowieka. Najchętniej przywoływanym,
odnoszącym się do tego problemu tekstem literackim, jest oczywiście
futurystyczna antyutopia Huxleya Nowy, wspaniały świat (1931), wieszcząca nadejście “aksamitnej tyranii”, wmawiającej ludziom jeszcze przed ich urodzeniem, że lepszy nowy wzór niż łatanie dziur.
Proroctwo angielskiego pisarza zapoczątkowało całą serię rozmaitych
fabuł, które karmiły się podobnymi lękami (wspomnę tylko interesujący,
choć nie wykraczający poza poziom nieznośnej anegdoty, film M. Andersona Ucieczka Logana, 1978).
Jak zauważa Marek Krajewski, masowa konsumpcja jest “metaforą, którą ‘dobrze myśli się’ o społecznym świecie”1. Metaforą - trzeba podkreślić - wartościowaną najczęściej negatywnie, służącą
charakterystyce barbarzyństwa mas zagrażających kulturze wysokiej (w
tym duchu pisał dawniej Ortega y Gasset), bądź, jak chcieli krytycy
spod znaku “szkoły frankfurckiej” i “nowej lewicy”, wykorzystywaną dla
opisu systemu władzy reprodukującej swój autorytet w przymusie
konsumpcji sztucznie narzucanych potrzeb. Kontestacja lat
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, choć skompromitowana radykalnymi
hasłami o marksistowsko-freudowskiej proweniencji, pozostawiła po sobie
fascynującą i w pewnej mierze wciąż aktualną krytykę kapitalistycznego społeczeństwa spektaklu,
upowszechniającego zachowania nastawione na “mieć”, nie na “być”. W
epoce postindustrialnej, jak przyjęło się nazywać model kultury
przyznającej prymat sferom usług i komunikacji, produkty nie są -
twierdzi John Fiske - jedynie dobrami ekonomicznej wymiany, ale przede
wszystkim językiem, którym posługuje się współczesny człowiek2.
Konsumpcjonizm oznacza zatem stan, w którym człowiek definiowany jest
przez nabywane towary oraz sytuację, w której samo kupowanie, nie
kupowany produkt, staje się elementem ważniejszym. Dobrze wyraża to
formuła Jeana Baudrillarda: “jednostki nie konkurują już ze sobą w
posiadaniu dóbr, jednostki nieustannie potwierdzają swoje istnienie
poprzez konsumpcję” 3. Konsumuje się nie tyle sam produkt,
ale akt kupowania, który staje się mechanizmem samookreślenia, wręcz
filozofią życia, co żartobliwie oddaje znany w Stanach slogan Work to live, live to love, love to shop (pracuję, aby żyć, żyję, aby kochać, kocham kupować).
Dowodów na poparcie tych pesymistycznych diagnoz społeczeństwa
owładniętego przez konsumpcję dostarcza nam nieustannie współczesność.
W codziennych rozmowach posługujemy się językiem przesiąkniętym
sloganami reklamowymi, każdego dnia do naszych skrytek pocztowych
“niewidzialna ręka rynku” wrzuca nowe oferty kolejnych wyprzedaży i
obniżek. Otaczanie się produktami konkretnej marki jest oznaką statusu
społecznego, zaś towary i ceny stały się niemal dziedziną fachowej
wiedzy, zadekretowanej przez zadziwiający teleturniej The price is right (Dobra cena).
Nieustająca zachęta do konsumpcji wywoływana jest przez wszechobecną
ikonosferę reklamowych billboardów, a także przez postępującą ekspansję
miejsc związanych z dokonywaniem zakupów. Przykro patrzeć, gdy dawna
biblioteka osiedlowa zostaje w kilka dni cudownie przemieniona w
następny sklep rowerowy, ale zdumienie ogarnia, gdy reklama Statoil
przedstawia stację benzynową jako całodobowy sklep, w którym, przy
okazji, można zatankować motor.
2. Kontekst: supermarket. O ile kulturowym symbolem schyłku XIX stulecia była artystyczna kawiarnia, o tyle signum temporis
końca XX wieku jest podmiejskie centrum handlowe, najlepiej oddające
charakter konsumpcyjnego światopoglądu współczesności. Supermarket jest
kulturową instytucją w tradycyjnym, Durkheimowskim rozumieniu -
odzwierciedlając i podtrzymując wartości wyznawane przez społeczeństwo,
zawiera w sobie jednocześnie: regulacyjny czynnik potrzeby i
użyteczności oraz represyjny i hierarchizujący aspekt kulturowego
uzusu. Korzystna oferta cenowa nie jest jedyną przyczyną dokonywania
zakupów w supermarkecie - kontakt z shopping mall staje
się usankcjonowanym społecznie zwyczajem, dającym sposobność do
“podpisania się” pod powszechnie uznawanym systemem mieszczańskich
wartości.
O tym, jak ważną rolę we współczesnej kulturze ogrywa
przestrzeń centrów handlowych świadczyć może fakt, że coraz częściej
staje się ona scenograficznym tłem medialnych wydarzeń (np. pokazów
mody) oraz motywem wykorzystywanym w filmach, serialach i teledyskach.
Telewizja - jako medium funkcjonujące na podobnych zasadach co mall,
o czym będę pisał dalej - czyni z hipermarketu jeden ze swoich
ulubionych tematów. W ten sposób budowana jest świadomość przydająca malls
funkcje symboliczne, znacznie wykraczające poza “miejsce do robienia
zakupów”. Przykłady można mnożyć. Jedna z tras koncertowych rockowego
zespołu U2 promowana była sloganem Thank you for shopping at Popmart,
zaś reklamy na niemieckim kanale satelitarnym VIVA poprzedzane są
czasem krótką wstawką, na której, oprócz napisu WERBUNG widać grupę
młodych ludzi uśmiechających się na ruchomych schodach hipermarketu.
Problemem shopping mall od dłuższego czasu zajmuje się
socjologia kultury. W podejmowanych przez nią próbach opisu tego
fenomenu szczególnie użyteczne okazują się dwa śmiałe porównania:
metafora sezamu (bajecznego skarbca, do którego, w wyniku procesów
demokratyzacji, każdy może mieć dostęp) oraz współczesnej świątyni,
gdzie wyznawcy konsumpcjonizmu, onieśmieleni grą świateł i muzyki,
odprawiają obrzęd kupowania, dzięki któremu następuje rytualne
odnowienie międzyludzkich więzi. Więcej uwag na ten temat można
odnaleźć w książce Wiesława Godzica4, dlatego, aby uniknąć zbędnych powtórzeń, ograniczę się do przypomnienia kwestii najważniejszych.
Centrum handlowe jest nie tylko wypełnioną towarami halą, lecz
architektonicznym kompleksem skupiającym niezliczoną ilość sklepów,
restauracji, salonów usługowych i multipleksów. O malls mówi
się, że są “światem w miniaturze”, który wchłaniając i przetwarzając
dla swoich potrzeb kolejne elementy “prawdziwego” świata, staje się
opisywanym swego czasu przez Umberta Eco hiperrealnym miastem, gdzie “wszystko jest znakiem, lecz pragnie uchodzić za rzeczywistość” 5. Malls
są nastawione na dostarczanie klientom atrakcji i wygody. Nie czynią
tego jednak w myśl zasady “klient nasz pan”, mówią raczej: “to my
jesteśmy panami klienta”. Centrum handlowe jest bowiem dokładnie
kontrolowane przez służby ochrony, co zbliża przestrzeń mall do
autorytarnego mikroświata, którego mieszkańcy są zmuszani do pewnych
zachowań przez presję społeczną i policyjny nadzór. Klienci
supermarketów, nieustannie inwigilowani przez zainstalowane wszędzie
kamery wideo, są bohaterami rejestrowanego widowiska, co wzmaga tylko
teatralność zachowań .
O innych manipulacjach supermarketów wobec jego klientów przekonany jest Benjamin R. Barber, autor znanej książki Dżihad kontra McŚwiat:
“W centrum handlowym nie znajdziesz normalnej restauracji. Są tylko
szybkie dania i stoliki przeważnie porozstawiane na środku sali, żeby
komuś nie przyszło do głowy siedzieć tam zbyt długo i rozmawiać. Bo
centra handlowe są świątyniami zakupów. To restauracja to stacja paliw
dla kupujących maszyn. Masz zatankować i iść do następnego sklepu” 6. Obraz ten dopełnia reportaż o rodzinie spędzającej weekend w jednym z pierwszych malls
w Polsce, w gdyńskim “Klifie”: “Wyjeżdżają z domu wcześnie rano i
pojawiają się z chwilą otwarcia centrum. Tu jedzą śniadanie. Potem ona
idzie na zakupy, a on kupuje gazety i spotyka się ze znajomymi, którzy
też czekają na swoje żony. Obiad jedzą albo w pizzerii na górze, albo w
McDonalds na dole. Przy kawie żona opowiada, co ciekawego dziś widziała
i wspólnie zastanawiają się, co z tego mają zakupić. Do domu wracają
późnym wieczorem obładowani jak wielbłądy. Mówią: Od tego biegania z
góry na dół i z dołu do góry, od tego przepychu, tych obniżek cen, tego
liczenia pieniędzy, wpadamy chyba w jakiś trans, bo wracając do domu
milczymy w samochodzie przez całą drogę. A najdziwniejsze, że to co
kupimy, okazuje się potem albo za duże, albo za małe” 7.
Interpretacja powyższego opisu nie nastręcza większych
trudności. Jego bohaterowie traktują dzień spędzony w supermarkecie
jako pierwszorzędną rozrywkę, ale nie zdają sobie sprawy z zasad jej
funkcjonowania. Blichtr oferowany przez centrum handlowe, gdzie każdy z
miliona produktów jest identycznie pięknie opakowany, oświetlony i
reklamowany, osłabia, wręcz ubezwłasnowolnia proces świadomego
podejmowania decyzji. Zachęca do kupienia wszystkiego, bez względu na
autentyczną przydatność. Oferta artykułów jest tak bogata, że wyklucza
bardziej selektywny i racjonalny wybór, powoduje wrażenie zagubienia w
świecie natłoku i zbytku. Trudno się więc dziwić, że przyjemności
czerpane z kupowania są większe niż radość, czy raczej jej brak, z
nabytych towarów. Dla rodziny przedstawionej w tej symptomatycznej
prasowej relacji przebywanie w supermarkecie jest najwyraźniej
najlepszą, choć narzuconą przez kulturowy cenzus, formą wspólnego
spędzania wolnego czasu.
Dobry komentarz do tych tendencji dają dwa interesujące zjawiska. Recreational shopping, czyli zakupy dla rozrywki, czerpanie przyjemności z samego nabywania dóbr, to odwrotna strona tego, co nosi nazwę proletarian shopping.
John Fiske przytacza badania przeprowadzone wśród ubogich warstw
społecznych, które wykazały, że 80 % młodych ludzi odwiedza centra
handlowe raz w tygodniu, zaś prawie 100 % bezrobotnych kobiet jest tam
regularnymi gośćmi8. Jak widać, chęć partycypacji w
społecznych aktywnościach kupowania jest tak silna, że nawet ci, którzy
skutkiem ekonomicznych nierówności zostali z nich wykluczeni, walczą o
zachowanie kulturowej identyfikacji poprzez stwarzanie pozorów
uczestnictwa. Być, albo nie być - rzekł zamyślony Hamlet. Nie być, albo kupować
- to dylemat współczesnego bohatera, trzymającego w dłoniach pudełko
niskokalorycznych płatków śniadaniowych, o istnieniu których dowiedział
się poprzedniego wieczora - oglądając telewizję.
3. Telewizja jako model shopping mall. W jednym
z opowiadań Raya Bradbury’ego turyści podróżujący autem wśród
pustynnych krajobrazów dostrzegają nagle w oddali tajemniczy miraż
wspaniałego miasta. Nie zastanawiają się nad przyczynami powstania
dziwnej fatamorgany. Ustawiają natomiast reklamowy napis i ściągają
opłaty od przejeżdżających nieopodal podróżnych, którzy chętnie płacą
za oglądanie świetlnego dziwu architektury9.
Historyjka ta dobrze koresponduje z tematem niniejszego tekstu.
Przestrzeń podlegająca wyłącznym prawom ekonomicznej wymiany rozszerza
się nie tylko w świecie materialnym, ale opanowuje (a w zasadzie już
opanowała) rozległe sztuczne obszary telewizji i internetu. Podobnie
jak miraż, na który natrafili turyści w opowiadaniu Bradbury’ego, tak
samo telewizja jest niczym innym, jak tylko płynącą w eterze mozaiką
świecących punktów, którą widz składa w imitującą rzeczywistość całość.
Transmisje te są towarem, za który trzeba zapłacić - czasem spore sumy,
jak w przypadku stacji kodowanych lub programów typu Video-On-Demand,
w których np. relacja na żywo z wielkiego meczu bokserskiego zostanie
przesłana do odbiornika wówczas, gdy jego właściciel zadeklaruje się
wpłacić określoną kwotę. Można powiedzieć, że świat telewizji jest
funkcjonalnie sprzężony z malls, będąc niczym innym jak widmowym supermarketem, którego elementy podlegają wolnorynkowym regułom promocji, popytu i podaży.
Ann Friedberg w książce Window Shopping dosadnie
zaznacza wpływ ideologii konsumpcjonizmu na współczesną kulturę
audiowizualną. Zdaniem autorki, analogii między centrum handlowym a
spektaklem filmowym można szukać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze,
hiperrealny shopping mall i dające złudzenie rzeczywistości
kino są społecznymi rozrywkami, które dostarczają odbiorcy (widzowi,
konsumentowi) kreacje sztucznych światów dających poczucie
nieskończoności i totalności, ale w zamian za uczestnictwo w nich
oczekują konkretnej oferty kupna. Po drugie, Friedberg wskazuje na
korzenie widza filmowego w figurze flaneura - Benjaminowskiego “spacerowicza pośród nieznanego tłumu” 10,
bywalca pierwszych pasaży handlowych, którego percepcja, poszukująca
interesujących wizualnie obiektów, wytworzyła nawyki sprzyjające
kształtowaniu się nowych form widowiska audiowizualnego. Oferując
widzowi-konsumentowi obrazy nowych, fascynujących światów “centrum
handlowe nie zastąpiło kina, lecz stało się jego logicznym
przedłużeniem (...) Kino centrum handlowego oferuje bezpieczne
przejście w inne przestrzenie, inne czasy, inne wyobrażenia. Ten stan
bycia “gdziekolwiek” jest dostępny dla konsumenta w teatralnej
przestrzeni, gdzie psychiczna przemiana staje się możliwa dzięki aktowi
nabywania dóbr” 11.
Programy telesklepu są formą, która w dosłowny sposób ujawnia
założenia medium jako “wirtualnej witryny sklepowej”, i której zasady
działania są najpełniejszym przełożeniem istoty funkcjonowania shopping malls
na grunt telewizji. Za pośrednictwem kineskopowej lampy hipermarket
przybywa do mieszkania gnuśnego konsumenta. W ten sposób telesklep
staje się w pewnym sensie “teleobecnością” ideologii centrum
handlowego, które zostaje przeniesione na domowy ekran. Widz - flaneur wędruje po telewizyjnym mall,
przygląda się kolejnym prezentacjom i podejmuje decyzje: podoba się,
czy nie, obejrzeć do końca, czy wybrać coś innego, kupić, czy nie
kupić? Ci, których nie stać na skorzystanie z telesklepowych usług,
mogą, tak jak przechadzające się po centrum handlowym bezrobotne
kobiety z badań przytoczonych przez Fiskego, przyglądać się sklepowym
witrynom skrywającym oferowane produkty, i w ten sposób, pośrednio,
partycypować w konsumpcyjnych przyjemnościach (window shopping).
Zdaniem Baudrillarda, istotą konsumpcji jest “znakowość
przywiązana do przedmiotów (...) które zaspokajają nasze potrzeby, lecz
to nie one są naprawdę konsumowane” 12. Kupując
produkt, “nabywam” w rzeczywistości jego obraz i wszystkie związane z
nim konotacje, które posłużą do odbudowania poczucia własnej
tożsamości. W przypadku telesklepu owa znakowość konsumpcji
jest, moim zdaniem, widoczna najwyraźniej. Oferta telewizji nie jest
cielesna, namacalna, nie można jej dotknąć, sprawdzić i obejrzeć ze
wszystkich stron - to zasadnicza różnica między shopping malls
a ich wirtualnym, telewizyjnym przedłużeniem. W telesklepie fantomy
powstałe na kineskopowej lampie i reklamowe frazesy, które im
towarzyszą, są ważniejsze od realnego signifié
prezentowanych obrazów. Widzowi proponuje się towar istniejący
wyłącznie (a przynajmniej do czasu sfinalizowania transakcji) w sferze
elektromagnetycznych fal i pikseli na ekranie odbiornika, teleprodukt,
którego nabywcą jest konsument telematyczny, czyli taki, który za
realny przyjmuje pozór widziany na ekranie monitora. Nie chcę przez to
powiedzieć, że korzystający z usług telesklepu nie zdaje sobie sprawy z
pośrednictwa medium - akurat w przypadku “kupowania na telefon”
świadomość iluzyjności niewątpliwie istnieje. Zbytnie dawanie wiary
temu, co prezentowane jest za pośrednictwem telewizji prowadzi jednak
do przytoczonych wcześniej nieporozumień typu: a najdziwniejsze, że to, co kupiliśmy okazuje się potem za duże lub za małe.
4. Telesklep a reklama. Dalsze rozważania na
temat telezakupów wymagają dokonania jeszcze jednego istotnego
rozgraniczenia. Obecna w przekazie informacja dotycząca polecanego
produktu może być ujawniana w sposób bezpośredni (za pomocą spotów
reklamowych czy, będących ich specyficzną mutacją, programów typu
telesklep) lub, jak w przypadku kryptoreklamy, wpisana w przekaz
pozornie pozbawiony elementów perswazji.
Kryptoreklama (ang. product placement) polega na
umieszczeniu informacji o produkcie w świecie diegetycznym przekazu, o
którym widz wie, że nie jest reklamą. Czasem potrzeba umieszczenia
widocznego sygnału na temat towaru, którego producent przyczynił się do
powstania filmu, jest tak silna, że ociera się o granice absurdu,
podważając prawdopodobieństwo opowiadanych zdarzeń, co doskonale widać
w polskim kinie lat dziewięćdziesiątych. Dobrym przykładem jest film Słodko-gorzki
(1995, reż. W. Pasikowski). W jednej ze scen młody bohater idzie na
spotkanie z nauczycielem, który może pomóc mu rozwikłać zagadkę śmierci
kolegi. Gdy zmierza do bloku, gdzie ów nauczyciel mieszka, mija stojący
w środku osiedla wielki balon, na którym widnieje sporych rozmiarów
napis “Zepter” (nie muszę dodawać, że rzeczony balon nie ma żadnego
związku z akcją filmu, ale w przeciwieństwie do niej zapada w pamięć).
Telesklep jest gatunkiem sytuującym się pomiędzy reklamą a
kryptoreklamą. Z jednej strony jest podobny do reklamy, gdyż
bezpośrednio eksponuje zachwalany towar, z drugiej strony, na wzór product placement ukrywa perswazyjny przekaz, podszywając się pod popularne konwencje telewizyjne, na przykład talk-show
czy kulinarną gawędę. Tym, co różni współczesną reklamę od telesklepu,
jest także sposób prezentacji: reklama jest działaniem bardziej
subtelnym, manipulacją nieco elegantszą (!), podczas gdy teleshopping posługuje
się taktyką “prosto z mostu”. Telesklep jest w pewnym sensie krokiem
wstecz gdy chodzi o rozwój sposobów ekspozycji oferowanego produktu,
czerpie bowiem z doświadczeń wczesnych reklam telewizyjnych, o których
MacLuhan pisał: “W chłodnym świecie telewizji stare reklamy ukazujące
sprzedawcę gorąco zachwalającego swój towar mają staroświecki urok
przebojów z lat dwudziestych” 13. Obecnie większość reklam
porzuciła suchą prezentację artykułu na rzecz tworzenia wokół niego
odpowiedniej aury programowanej na identyfikację widza. Reklama może
spełniać swoją funkcję nawet wówczas, gdy przekaz wizualny nie jest
związany z towarem, który promuje - dobrym przykładem jest prowadzona
przez Oliviera Toscaniego kampania reklamowa firmy Benetton. Teleshopping
z natury rzeczy musi natomiast opierać się na prezentacji produktu, nie
może zanegować zasady bezpośredniego, ilustracyjnego powiązania
komunikatu i towaru, którego ten komunikat dotyczy. Wiąże się to z
drugą zasadniczą różnicą reklamy i telesklepu. Dokonując zakupów
poprzez teleshopping nie trzeba wcale wychodzić z domu -
wystarczy listownie, telefonicznie lub za pomocą internetu powiadomić
firmę wysyłkową o zamiarze kupna towaru. O ile bowiem typowa reklama
należy przede wszystkim do sfery promocji, o tyle telesklep jest już
formą sprzedaży. Świadczą o tym choćby stosowane w teleshoppingu, a sprawdzone w firmach wysyłkowych metody wpływania na konsumenta - sugestie, że nasza oferta jest ograniczona
(więc zdecyduj się już teraz) lub “sprzedaż wiązana” (jeśli kupisz kota
w worku, dostaniesz w prezencie Pałac Kultury, lub - jak pewna znana mi
osoba - dwutomowe wydanie powieści Gustawa Morcinka Wyrąbany chodnik).
Sam telesklep także nie jest zjawiskiem jednorodnym, objawia
się w dwóch różnych postaciach. Pierwsza z nich jest najpełniejszą
realizacją idei telewizji jako centrum handlowego i wystawienniczego
dla przedstawianych produktów. Polega na seryjnej prezentacji na
ekranie kolejnych artykułów, które można nabyć dzwoniąc pod wskazany
numer podczas trwania pokazu. Strategią tą posługują się całodobowe
kanały telewizyjne takie jak QVC (Quality And Value Channel) czy Home Shopping Network. Godzic w poświęconym teleshoppingowi
rozdziale swojej książki wymienia kilka cech prezentacji typu QVC. Są
to: niediegetyczność, nastawienie na spektakl, podział ekranu na część
pokazującą i informacyjną, dynamiczny pokaz produktów poprzez
wprawienie ich w ruch, posługiwanie się zbliżeniami i oferowanie
konkretnych towarów zamiast ich marek14. Spostrzeżenia te w
pewnym stopniu sprawdzają się także w przypadku drugiego rodzaju
telesklepu, który ma charakter bardziej impresywny i perswazyjny.
Pierwszy sposób istnienia teleshoppingu nie jest szerzej znany polskim widzom, dlatego więcej miejsca poświęcę poniżej drugiemu wyróżnionemu wyżej typowi.
Zasadę telesklepów prezentowanych w polskich stacjach telewizyjnych można określić jako strategię kameleona; pozwala
ona zrzucić odium kłamliwej reklamy poprzez podszywanie się pod
niereklamowy przekaz, co sprawia, że rozmywają się granice między tym,
co może uchodzić za dziennikarską informację, a tym co jest komercyjną
propagandą. Reklamy - bez względu na to, czy umieszczone w prasie,
telewizji czy internecie - są traktowane jako dodatki do głównego
przekazu, zgrupowane w osobnych miejscach - na specjalnych stronach lub
telewizyjnych blokach reklamowych. Często jednak, rezygnując z typowej
reklamowej retoryki, symulują główny przekaz, udając, na przykład,
prasowy wywiad z lekarzem specjalistą (tak reklamują się
bioenergoterapeuci w lokalnych łódzkich gazetach) lub telewizyjny talk-show.
To “udawanie” jest najważniejszą cechą charakterystyczną telesklepów,
usprawiedliwianą przez niewielki, umieszczany u dołu ekranu napis commercial presentation.
Zasadniczym celem tej maskarady jest zachowanie pozorów
obiektywizmu. Zamiar ten nietrudno osiągnąć przestrzegając prawideł
telewizyjnego programu publicystycznego. Powinien mieć on swoją nazwę
(popularny cykl Amazing discoveries) oraz sympatycznego
i wiarygodnego prowadzącego. Aranżuje on sytuacje, w których pokazuje
zalety produktu, poddając go rozmaitym testom i próbom. Warto przy tym
zauważyć, że cała imitacja telewizyjnego widowiska odznacza się poważną
wewnętrzną sprzecznością, która podważa jej sens. Formuła programu typu
talk-show ukrywa zawartą w tekście perswazję, ale tylko po to, by po chwili otwarcie ją ujawnić, zachęcając widzów wprost: kupcie już teraz!
Uwiarygodnienie telesklepowej oferty odbywa się także
poprzez interesujący chwyt wykorzystujący telewizyjną konwencję, która
przyjmuje za naturalne przerywanie programu przez reklamy. Najczęściej
prowadzący taki program uprzedza blok reklamowy mówiąc: Nie odchodźcie od telewizora, wrócimy po krótkiej przerwie.
Po serii reklam program rozpoczyna się od chwili, w której został
przerwany. Podobny zabieg stosują telesklepy - z tą różnicą, że
“reklama” w przerwie głównej prezentacji dotyczy tego samego produktu,
jest skondensowanym skrótem, informującym dodatkowo, w jaki sposób
można zamówić przedstawiany towar. Skrót ten jest odrębnym przekazem,
nadającym się do wyświetlenia także w oderwaniu od “głównego” pokazu,
którego fragmenty wykorzystuje.
Przywołując Spitzerowskie rozważania o reklamie, można
powiedzieć, że telesklep apeluje do eudajmonizmu odbiorcy. Jednak
zdaniem Spitzera, Arkadia, którą nęci reklama, “jest obietnicą, ale nie
zobowiązaniem (...), nie upiera się, że rzeczywistość ta naprawdę
istnieje” 15. Tymczasem siłą napędową telesklepu jest
przekonanie widza, że kupując konkretny towar dokona się natychmiastowa
projekcja telewizyjnej “krainy szczęśliwości” do oczekującego jej
klienta. Jeśli zaś cudowna przemiana nie nastąpi, solidna firma w ciągu
trzydziestu dni zobowiązana jest odesłać pieniądze. Idyllicznej wizji
świata telesklepu nie sposób wziąć w cudzysłów, o którym pisze Spitzer.
O żadnym zwątpieniu nie ma mowy - prezentacja ma być w pełni obiektywna
i przekonująca. Tu wszystko kalkulowane jest tak, by odbiorca naprawdę
uwierzył, że skorzystanie z telesklepowych propozycji oznacza
całkowitą, definitywną, i, rzecz jasna, korzystną zmianę całego stylu
życia. Teleshopping wmawia widzowi: tylko od Ciebie zależy, czy skorzystasz z możliwości, jaką ci daję.
O zjawisku tym pisze - w odniesieniu do ofert firm wysyłkowych - Stanisław Barańczak w wierszu Poczta16:
“(...) jest tam i przestroga: Mr. Baranazack,
może właśnie w tej chwili traci pan jedyną
szansę fortuny i szczęścia; narażam
na szwank swój los, z koszykarską rutyną
trafiając zmiętoszoną kopertą do kosza;
a jednak, owszem
jest mi trochę nieswojo, kiedy, ot, tak właśnie,
unicestwiam możliwość (jeżeli nie szczęścia,
to choć fortuny), ukręcam
łeb szansie (...)”
Podobny mechanizm jest wykorzystywany przez telesklep. Kto nie chce skorzystać z możliwości, jakie teleshopping
oferuje, ten powinien wiedzieć, że może go za tę niefrasobliwość
spotkać surowa kara (na przykład fałdy tłuszczu na brzuchu).
Podniesienie słuchawki i wykręcenie podanego numeru to symboliczny
akces do cudownego świata, w którym wszyscy są chudsi i zgrabniejsi,
śpią lepiej i mają więcej miejsca w szafach (dzięki cudownym torbom
próżniowym na odzież). Telesklepy nie kryją tej intencji. Pokaz zawsze zielonej trawy “Canada Green” legitymuje się chwytliwym sloganem: Zasiej i bądź szczęśliwy (!).
5. Słowo o odbiorcy. Ustalenie wzajemnych relacji w szeregu shopping mall
- telewizja - reklama pozwala na sformułowanie bardziej szczegółowych
reguł określających interesujący mnie problem. Szukając odpowiedzi na
pytanie “do kogo skierowany jest przekaz telesklepu” przywołuję znaną
terminologię Seymoura Chatmana, badającego relacje między odbiorcą
realnym (widz przed ekranem), odbiorcą implikowanym (czyli zakładanym
przez nadawcę projektem “idealnego” widza), oraz wewnątrztekstowym (to
najbardziej dyskusyjna kategoria; zdaniem Chatmana jest nim postać w
diegezie filmu słuchająca narracji prowadzonej przez kogoś innego) 17.
Odbiorcą implikowanym telesklepów jest z pewnością widz
wyznający, mimowolnie lub świadomie, ideologię konsumeryzmu (o czym
pisałem wcześniej). Cechy szczegółowe odbiorcy projektowanego przez
przekaz, możliwe do zrekonstruowania na podstawie analizy programów teleshoppingu,
najwygodniej jest skatalogować przyglądając się oferowanym tam
produktom. Ich zalety są w zasadzie wspólne dla większości telesklepów.
Najczęściej powtarzane slogany to: łatwy w użyciu, lekki i przenośny, zaledwie w piętnaście minut. Teleshopping
z reguły oferuje przedmioty nieskomplikowane i nie wymagające większego
wysiłku od ich właściciela. Najlepszym przykładem jest urządzenie do
masażu, którego wygląd określiłbym jako połączone kablami diody z
przylepcami, służącymi do umocowania poszczególnych elementów
skomplikowanego sprzętu. Uporanie się z tymi problemami jest jednak
opłacalne - to sprytne urządzenie napręża i rozluźnia wybrane grupy
mięśni, pracując nad sylwetką i samopoczuciem Zadowolonego Konsumenta,
który w tym czasie może spokojnie oglądać telewizję i czekać, aż jego
ciało nabierze muskulatury Schwarzeneggera. Zasadniczą ideą telesklepu
jest bowiem zaspokojenie potrzeb tych klientów, którzy chcą żyć zdrowo,
wygodnie i nowocześnie, lecz brakuje im czasu, pieniędzy lub
cierpliwości, by ten cel osiągnąć. Ludzie ci ulegają społecznej presji,
która naiwnie utożsamia, na przykład, zdrowy tryb życia z codziennym
chodzeniem na siłownię. Ponieważ nie chcą odstawać od innych
Nowoczesnych Konsumentów, szukają - lub wmawia im się, że powinni
szukać - tańszego i prostszego sposobu wypełnienia zbiorowych dążeń i
obowiązków. Oferta telesklepu wpasowuje się w ten układ idealnie,
podsuwając Zagubionemu Konsumentowi w miejsce codziennej siłowni -
składany atlas do ćwiczeń (który w retoryce telezakupów jest wszystkim,
tylko nie atlasem do ćwiczeń).
Regułą jest, że produkty pokazywane w telesklepie nie są
przeznaczone tylko do jednej czynności, są wielofunkcyjne. Widz jest
wielokrotnie przekonywany: możliwości tego urządzenia wyznacza twoja wyobraźnia. To nie jest zwyczajny mop, to mopoodkurzacz.
To nie jest tylko maszynka do krojenia warzyw, może również służyć do
kruszenia lodu do drinków. Nawet wędka nie jest już przeznaczona
“tylko” do łowienia ryb - ale do łowienia pstrągów, okoni, karpi,
łososi i innych gatunków, które lektor skrupulatnie wylicza. Dość
znamienne są także słowa, które odnoszą się do produktów (wszystko jest
super, ekstra i multi), jak również nazwy samych towarów, w
których często pojawiają się liczby, co ma pewnie sugerować naukowo -
laboratoryjny charakter zastosowanych technologii (na przykład: Didi Seven, PVA 10 x, Total Gym 1000).
Podstawową zasadą realizowaną w strukturze telesklepu jest
stopniowe ujawnianie zalet prezentowanego urządzenia. Rozpoczyna się
ono od stanu całkowitej nieświadomości widza co do rodzaju oferowanego
towaru. Gospodarz programu wita się z widzami, a następnie kieruje w
ich stronę serię retorycznych pytań typu: czy kiedykolwiek przydarzyło wam się coś, czego nie chcieliście? Czy zastanawialiście się, jak możecie to zmienić?
Następnie przedstawia produkt i w kolejnych odsłonach uzasadnia jego
użyteczność, poprzedzając każdą następną rewelację podobną zagadką: A wiecie, co najbardziej lubię w naszym urządzeniu?
Wielokrotnie powtarzane są zresztą nie tylko te same zdania i formuły,
ale i obrazy, dzięki czemu programuje się widza na zapamiętanie
najważniejszych informacji (co nie jest oczywiście niczym nowym dla
odbiorcy rozumiejącego zasady działania filmowej propagandy).
Uświadamianie zalet oferowanego urządzenia odbywa się poprzez
stosowanie popularnego w niektórych typach reklamy “efektu przed i po”,
opartego na zasadzie kontrastu, który jest statutową regułą wielu
tekstów o charakterze perswazyjnym. Za pomocą tego chwytu, autorzy
przekazu najpierw stwarzają lub uświadamiają problem, unaoczniając
kłopotliwą niedogodność (plama na koszuli, brudny sedes), a następnie
oferują odpowiedni produkt jako rozwiązanie tego problemu, ujawniając
stan pożądany, osiągnięty poprzez zastosowanie cudownego remedium na
życiowe bolączki. W telesklepach zdarza się często, że sekwencje
“przed” przedstawiane są w pełnych dramatyzmu zdjęciach czarno-białych,
akcentujących ułomność “archiwalnej” taśmy, aby w ten sposób lepiej
podkreślić przeszłościowy charakter pokazywanych działań. Widz musi być
bowiem przekonany, że produkty, których używał do tej pory i problemy,
z którymi mógł się borykać należą do zamierzchłej prehistorii, zaś nowy, ulepszony produkt, który mu się oferuje, to pełna nowoczesność lub nawet kosmiczna technologia przyszłości.
Ten sposób wpływania na klienta jest zresztą znany od dawna, o czym
przekonuje charakterystyczna opinia klasyka: “To, co Anglicy nazywają
‘comfortable’ jest czymś zgoła niewyczerpalnym i ciągnącym się w
nieskończoność, gdyż każda wygoda ukazuje z kolei swoją niewygodę i
wynalazkom w tej dziedzinie nie ma końca. Dlatego też potrzeba
wytwarzana bywa nie tyle przez tych, którzy bezpośrednio ją odczuwają,
ile raczej przez tych, którzy na wytworzeniu się potrzeby chcieliby coś
zarobić” 18.
Przedstawione powyżej zasady prezentacji produktów pozwalają dostrzec kolejny paradoks teleshoppingu.
Producenci telesklepów opiewają oryginalność i niepowtarzalność swoich
towarów, sygnalizując tym samym, że posiadacze tych produktów należą do
elitarnego grona wtajemniczonych znawców. Wyrażają w ten sposób
aspiracje odbiorcy do bycia jednostką wyróżnioną, do wybicia się ponad
przeciętność. Równocześnie jednak zaspokajają instynkty zbiorowe, chęć
pozostania członkiem społeczności zjednoczonej wspólnotą interesów.
Stąd też zachęca się widza hasłami, których nikt nie ma szans
zweryfikować: Już dziesięć milionów ludzi kupiło ten produkt. Dołącz do nich. Oni to już sprawdzili i nie zawiedli się.
Ofertę uwiarygadniają opinie tzw. autorytetu naukowego (którego
autentyczność poparta jest konwencjonalnymi znakami sugerującymi
profesjonalizm wypowiadającego się - jeśli to lekarz, to w białym kitlu
na tle modelu ludzkiego szkieletu). Jego wystąpienia przeplatane są
krótkimi felietonami przedstawiającymi tzw. zadowolonych klientów,
którzy zachwalają rzekomo przetestowany przez siebie produkt mówiąc do
niewidocznego “dziennikarza”, wysłuchującego ich relacji. Publiczność
zgromadzona w studio i “zadowoleni klienci” pełnią w przekazie funkcje
przedstawicieli widza, służą “zakorzenieniu” uwagi odbiorcy, dzięki
czemu wygrywana jest jego identyfikacja z prezentowanymi sytuacjami.
Silnie wyczuwalna obecność występującego w różnych wcieleniach odbiorcy
wewnątrztekstowego jest moim zdaniem drugą - obok strategii kameleona - najważniejszą cechą opisywanego gatunku.
Aby nie zostać posądzonym o gołosłowie, podam przykład wzięty z
polskiego telesklepu przekonującego o potrzebie nabycia skrzynki na
narzędzia. Zgodnie z przyjętą konwencją przytoczone zostają opinie
“zadowolonych klientów”, choć tym razem nie widzimy ich na ekranie,
tylko słyszymy ich głosy, jakoby nagrane na automatyczną sekretarkę
przed programem. Podane są nawet nazwiska i zawody. Wśród pochlebców
fantastycznej skrzyneczki znaleźli się: księgowa z Wągrowca, gospodyni
domowa z Szydłowic i lekarz z Gdańska. Wszyscy utrzymują: bez względu
na Twój wiek, pracę, zainteresowania i stan zdrowia, powinieneś
skorzystać z tej oferty. To produkt właśnie dla Ciebie! Nawet, jeśli
nie przyda Ci się on w tej chwili, to przecież nie wiesz, co przyniesie
przyszłość.
Rysuje się tu kolejna istotna różnica w stosunku do typowej
reklamy, która za pomocą rozmaitych chwytów częściej odnosi produkt do
konkretnej grupy konsumentów (ciekawa wielkiego świata pani domu, młody
biznesmen z bujnym zarostem, nastolatka pragnąca uporać się z
trądzikiem, cierpiący na zaniki pamięci starszy pan itp.), dokonując
tym samym ekskluzji grup, dla których oferta nie jest przeznaczona.
Wynika to: po pierwsze, z właściwości prezentowanego produktu, po
drugie, z celowej strategii marketingowej wytwórcy, i wreszcie - z
narzuconej skrótowości przekazu, który, by spełniać swoją perswazyjną
rolę, musi być silnie zenergetyzowany. Teleshopping przestrzega
dwóch pierwszych zasad, ale, ponieważ trwa dłużej niż reklamówka, może
pozwolić sobie na ominięcie tej ostatniej reguły i oddziaływać na różne
grupy konsumentów, a zatem - poszerzyć zakres odbiorcy implikowanego.
Na przykład: cudowny środek na cellulitis zalecany jest nie przez
jedną, borykającą się z tym problemem kobietę, ale przez kilka pań,
wśród których widz może odnaleźć blondynkę i brunetkę, kobietę o
orientalnych rysach twarzy, modelkę i matkę dwojga dzieci. Tym samym
prawdopodobieństwo identyfikacji widza z którąś z postaci relatywnie
się powiększa.
Teleshopping kieruje zatem swoją ofertę do wszystkich,
do rozmaitych grup społecznych uniformizowanych w potencjalną całość.
Niweluje różnice płci, wieku, wykształcenia, ale również pochodzenia i
narodowości. W tekście telesklepu pojawiają się sygnały sugerujące, że
użytkowników prezentowanego urządzenia można znaleźć na całym świecie.
Typowym chwytem wypełniającym to zadanie jest wprowadzenie postaci
eksperta, na przykład wynalazcy ze Stanów Zjednoczonych lub specjalisty
od azjatyckiej sztuki gotowania. Nie jest to jedyny sposób wskazujący
na uniwersalny i globalny charakter oferowanego produktu. W jednym z
programów polskiego telesklepu Mango, Danuta Rinn testuje swój
multimikser w gdańskim Pubie America (!) gdzie - podobno - bywają biznesmeni z całego świata.
Atrakcją pozytywnie weryfikującą pokaz telezakupów (jak
również reklamy) jest wykorzystywanie do jego celów osób publicznych,
najczęściej gwiazd kina, grających swoje charakterystyczne role, lub
występujących “we własnej osobie”. Wśród aktorów sprzedających swoje
usługi producentom telesklepu jest na przykład Charlton Heston, który
pozostał wierny swojej ulubionej “sandałowej” sztampie, zachęcając do
kupna cudownego wisiorka z Betlejem. Dość zastanawiający jest
wspomniany już program poświęcony skrzynce na narzędzia, w którym zaraz
na początku pojawia się wyabstrahowany z kontekstu archiwalny fragment
lekkoatletycznego turnieju, dokładnie konkursu skoku o tyczce. Chwilę
później okazuje się, że ów tyczkarz to medalista olimpijski Władysław
Kozakiewicz, i on właśnie jest gospodarzem programu. W polskich
prezentacjach patos telesklepowych pokazów przemienia się czasem w
niezamierzoną groteskę, ujawniając przy okazji istnienie sztywnej
konwencji teleshoppingu, od której najmniejsze nawet odstępstwo pogrąża program w oparach absurdu.
* * *
Rozpoczęty osobistą refleksją tekst pozwolę sobie zakończyć
podobnym akcentem. Telesklepy wydają mi się fascynujące, ponieważ w
jaskrawej formie wyrażają konsumpcjonistyczne ogłupienie
współczesności. I choć potrafię umieścić teleshopping w
kontekście cywilizacyjnych zdarzeń, porównać chwyty, jakie stosuje, z
retoryką reklamy i wskazać elementy perswazji motywujące przekaz,
fenomen popularności telezakupów pozostaje dla mnie wciąż niejasny.
Rozważania na temat “dla kogo przeznaczony i jak skonstruowany jest
telesklep” nie wyjaśniają w satysfakcjonujący sposób, dlaczego
niektórzy widzowie dają się zwieść teleshoppingowi. Hipotezę,
która może okazać się właściwą odpowiedzią na to ostatnie pytanie,
znajduję - ku własnemu zdziwieniu - u Herberta Marcuse’a: “Bezzasadne
wydaje się założenie, że odbiorcy wierzą, bądź są zmuszani do wierzenia
w to, co się im mówi. Nową cechą magiczno-rytualnego języka jest raczej
to, że ludzie mu nie wierzą, nie biorą go poważnie, a mimo to zgodnie z
nim postępują” 19.
Cóż, dziwny jest ten świat. Z takich zagadek utkana jest
współczesność. Ich oswojenie to jedyny sposób na poskromienie
dziecięcego zdumienia niedorzecznością, do której - niestety - z czasem
się przyzwyczajamy.
Przypisy:
1 M. Krajewski,Konsumpcja i współczesność. O pewnej perspektywie rozumienia świata społecznego "Kultura i Społeczeństwo", 1997, nr 3.
2 J. Fiske, Reading the popular, Boston-Sidney-New York 1989, s.31.
3Cyt. za: A. Friedberg, Window Shopping. Cinema and the Postmodern, Berkeley - Los Angeles - London 1994, s.115.
4W. Godzic, Oglądanie i inne przyjemności kultury popularnej,
Kraków 1996; Przy okazji warto wspomnieć, że jeszcze kilka lat temu
centra handlowe były w Polsce rzadko spotykane. Uświadamia to na
przykład lektura materiałów z zorganizowanej w 1995 roku konferencji Od fotografii do rzeczywistości wirtualnej. W wystąpieniach po referacie profesora Godzica, który mówił między innymi o shopping mallach, jeden z dyskutantów stwierdził, że są one "egzotycznym fenomenem marsjańskiej kultury".
5U. Eco, Podróż do hiperrealności, [w:] tegoż, Semiologia życia codziennego, tłum. J. Ugniewska i P. Salwa, Warszawa 1996.
6wywiad z B. R. Barberem, W mackach McŚwiata, "Gazeta Wyborcza" z 14. III. 1998.
7reportaż G. Pewińskiej Zakupy w transie, "Dziennik Łódzki" z 7.IV. 1998.
8Fiske, op. cit., s.15 -16.
9S. Lem, Fantastyka i futurologia, t. III, Warszawa 1996, s.14.
10S. Morawski, Trudny związek flanerie z intelektualizmem [w:] Pojednanie tożsamości z różnicą, red. E. Rewers, Poznań 1995, s. 46.
11Friedberg, op. cit., s.120 - 125.
12Cyt. za: A. Szahaj, Jean Baudrillard - między rozpaczą a ironią [w:] "Kultura Współczesna", 1994, nr 1.
13M. MacLuhan, Reklama jest dźwignią zazdrości, [w:] tegoż, Wybór pism, wyb. J. Fuksiewicz, tłum. K. Jakubowicz, Warszawa 1975.
14Godzic, op.cit., s.127-128.
15L. Spitzer, Amerykańska reklama jako sztuka popularna, [w:] Język i społeczeństwo, red. M. Głowiński, s.350.
16S. Barańczak, 159 wierszy, Kraków 1990.
17S. Chatman, Story and Discourse. Narrative Structure in Fiction and Film, Cornell University Press 1978, str. 148-149; typologia Chatmana wykorzystana przez: R. S. Kozloff, Narrative Theory and Television [w:] Channels of Discourse: Television and Contemporary Criticism, red. R. C. Allen, University of North Carolina Press, 1987; podaję za: M. Przylipiak, Narracja, [w:] Słownik pojęć filmowych, red. A. Helman, tom V, Wrocław 1993.
18 G. W. F. Hegel, Zasady filozofii prawa, uzup. do par. 191, tłum. A. Landman, Warszawa 1969, s. 400.
19H. Marcuse, Człowiek jednowymiarowy. Badania nad ideologią rozwiniętego społeczeństwa przemysłowego, wstępem
|  |
|
|  |