W Świecie bez historii
Jerzy Topolski przedstawił dwa przeciwstawne sposoby myślenia o
rzeczywistości: historyczne i ahistoryczne. To pierwsze “jest
składnikiem kultury, bez którego nie byłoby możliwe konstruowanie
programów działania i aktywny stosunek do zastanej rzeczywistości
pozostaje bez zmiany”1. Historia została tu ściśle związana
z kulturą i człowiekiem, to bowiem nasze dzieje są przedmiotem dociekań
historycznych. Zgodnie z tą logiką można powiedzieć, że myślenie
historyczne jest antropocentryczne i diachroniczne, z wpisaną ideą
postępu społecznego oraz intelektualnego. Ale nie tylko. Myślenie
historyczne zakłada bowiem także możliwość dotarcia do prawdy o
przeszłości (w klasycznym sensie).
Takiemu myśleniu o rzeczywistości Topolski przeciwstawił świat bez
historii. Charakteryzuje go zanurzenie w ponadczasowym, powtarzającym
się cyklu, oporność wobec chronologii, rozwoju i twórczości. Z taką
modalnością światopoglądową mamy do czynienia wówczas, gdy
rzeczywistość, w której żyjemy nie jest traktowana jako specyficzna,
ludzka kreacja, lecz jawi się jako podporządkowana siłom przyrody, lub
bogów, którzy według swych upodobań kreślą linie ludzkiego losu. Ale to
nie wszystko. Świat bez historii włada naszą świadomością także wtedy,
gdy mówimy o końcu zmian i zatapiamy się w letargu. Wówczas kończą się
ideologiczne i utopijne projekty. Historia osiąga kres.
Do ostatniego wydania Świata bez historii z 1998 r. polski metodolog dodał rozdział analizujący koncepcje Francisa Fukuyamy2 i Jeana Baudrillarda3 (Dwa światy z historią. Czy koniec historii? Fukuyama i Baudrillard).
Badacze ci przedstawili diagnozy współczesnego świata zatopionego w
ahistoryczności. Fukuyama podważył aspiracje dalszego rozwoju
polityczno-społecznego. Według niego możemy krzepić się nadzieją, że
historia osiągnie swój kres – dodajmy – kres oczekiwany i upragniony.
Będzie to wszechobecna liberalna demokracja. Ludzie osiągną więc kres
możliwości rozwoju. Od tej pory wyzwania będą mogły dotyczyć jedynie
konsumpcji, czyli kolejnych walorów przyjemności i atrakcji. Z kolei
świat Baudrillarda to ciągle i szybko obracająca się karuzela z
wizerunkami mitycznych stworów, konikami utopii oraz postaciami z science fiction.
Jest to świat pomieszanych porządków, iluzji i symulakrów. Jesteśmy
nimi nieustannie atakowani w wiadomościach telewizyjnych, zmiksowanych
reportażach, w wielorakich informacjach wyjętych z kontekstu. W tej
interpretacji historia wylądowała na śmietniku i obecnie pozostaje jej
już tylko recyklaż.
Diagnozy Fukuyamy i Baudrillarda podważyły ważne czynniki myślenia
historycznego: ideę rozwoju, kreacji oraz linearne pojęcie czasu. Jeśli
do tego dodamy jeszcze Lyotardowską dyskredytację projektów
społeczno-politycznych i poglądy wielu teoretyków druzgocące ideę
prawdy w opisie minionej rzeczywistości, to w skrócie jawi się nam
koncepcja “Końca Historii”, która tak mocno zawładnęła myślą
postmodernistyczną.
Istnieje jednak jeszcze jeden i to chyba najważniejszy element, bez
którego myślenie historyczne traci sens. Tym fundamentem jest człowiek.
Wielu metodologów historii twierdzi, że podmiotem zainteresowania tej
dyscypliny jest człowiek. Zdaniem Jerzego Topolskiego i Wojciecha
Wrzoska, wyobrażenie historyka o roli człowieka, jako sprawcy i
uczestnika przemian kulturowych jest nawet jedną z najistotniejszych
kwestii w organizowaniu obrazu dziejów: “miejsce człowieka w świecie to
najczulsze miejsce historyka, szkoły historycznej, epoki w dziejach
pisarstwa historycznego, orientacji badawczej. Wizja człowieka stanowi
oś proponowanego ładu świata” 4.
Świat z historią musi być więc zamieszkiwany przez człowieka, bowiem
pisarstwo historyczne to zrelatywizowana kulturowo opowieść o jego
losach. Nie można kreślić jakiejkolwiek historycznej wizji świata bez
uwzględnienia w nim człowieka (choćby zdeterminowanego przez “siły
działające” z zewnątrz) 5. Porzucenie tej koncepcji
wiązałoby się z wyjściem poza człowieka, a w konsekwencji – faktycznie
zanurzylibyśmy się w świecie bez historii.
Poza człowiekiem, a więc poza historią
Jak rozumieć owo wyjście poza człowieka? Czy w ogóle potrafimy
sobie wyobrazić taką sytuację i taki świat? Sądzę, że już żyjemy w
świecie, który wychodzi poza człowieka. Wkroczyliśmy już w epokę
cyborgów, w epokę post-człowieczą, posthumanistyczną.
Dynamiczny rozwój biotechnologii już teraz tworzy narzędzia, które –
być może – przyszłym pokoleniom pozwolą dokończyć to, co do tej pory
nie udało się ani filozofii, ani inżynierii społecznej. Heglowskie i
Marksistowskie dopełnienie dziejów okazało się złudne, podobnie jak
liberalno-demokratyczny Koniec Historii Fukuyamy. Jednak w
prognozowanej epoce posthumanistycznej bez wątpienia chodzi o koniec
historii, bez ogródek mówi się tu bowiem o końcu człowieka6.
W takiej sytuacji historiografia będąca obwarowanym rygorami
metodologicznymi pisaniem o losach ludzi straci podmiot swego
zainteresowania. Cyborg i emergent jako nie-ludzie są poza historią.
Czy już jesteśmy cyborgami?
Idole pop-kultury od dawna serwują obraz człowieka
posthumanistycznego. Terminator i Robocop są klasycznymi przykładami
maszyn obdarzonych ludzką świadomością. Rozwiązują problemy, z którymi
ludzie nie potrafią sobie poradzić. Są silni, władczy, niezwyciężalni.
Zepsute części można naprawić, a przepalone obwody wymienić. Nie
dotykają ich choroby, starość, ani śmierć. Wobec tych filmowych kreacji
homo sapiens okazuje się być przestarzały, traci więc na
znaczeniu. Ufność człowieka w rozum, naukę i postęp unicestwił jego
samego, bowiem stworzony został twór, który jest doskonalszy od
wynalazcy. Dopełniają się tutaj marzenia Kartezjusza, o epoce wolnej
“od niezliczonego mnóstwa chorób tak ciała jak umysłu, a może nawet
także od starczej niemocy” 7. To nauka prowadzi do
osiągnięcia takiego stanu. Jej siła, dzięki której filozof chciał
odkryć “sposób działania ognia, wody, powietrza, gwiazd, niebios” 8 miała pozwolić ludziom “stać się jak gdyby panami i posiadaczami przyrody” 9. I stali się. Zaczęli nawet sami wytyczać procesy przyrodnicze10,
potrafią też już oddzielić ciało człowieka od jego biologicznego
łożyska. Mimo sprzeciwu towarzyszącemu modernizmowi jak cień od
początku jego drogi, priorytety kultury o proweniencji oświeceniowej
przesycają współczesny świat.
Obrazy science fiction przekształcają się w science reality
poprzez ekspansywne wkraczanie zaawansowanej techniki w nasze życie
oraz nieustające próby obdarzenia maszyn świadomością. Zwolennicy
cyberkultury twierdzą, że to jedynie kwestia czasu. Na horyzoncie
zaczyna widnieć epoka postczłowiecza. W Manifeście Cyborgów
Donny Haraway czytamy: “Cyborg to cybernetyczny organizm, hybryda
powstająca ze skrzyżowania maszyny i organizmu. To postać fikcyjna, a
jednocześnie wytwór społecznej rzeczywistości. [...] Nasze czasy,
koniec XX w., sprawiają wrażenie mitologicznej epoki: wszyscy jesteśmy
chimerami, steoretyzowanymi i sfabrykowanymi hybrydami, gdzie krzyżują
się maszyny z organizmami. Jesteśmy, innymi słowy – cyborgami” 11.
Nie ma w tym stwierdzeniu wiele przesady biorąc pod uwagę triumfy
współczesnej medycyny i techniki, bez której nie potrafimy już
funkcjonować w codziennym życiu. Granice między sztucznym a naturalnym
są coraz mniej wyraźne. Zdaniem Haraway zburzenie tak znaczącej dla
świata homocentrycznego opozycji spowoduje rozproszenie wielu
dualizmów, takich jak: fikcja/prawda, prywatne/publiczne,
natura/kultura, ciało/umysł, kobieta/mężczyzna, konstrukcja/samorozwój,
życie/śmierć12. Powołanie do istnienia ludzko-technicznej
hybrydy niweczy także opozycję przeszłość/przyszłość, bowiem
cyber-tożsamość może jednocześnie funkcjonować w kilku światach:
ćwiartować, mieszać, zestawiać różne fragmenty rzeczywistości bez
konieczności podporządkowania logice linearnego upływu czasu.
Ciało
Zatrzymajmy się jednak na razie przy zasadniczej opozycji, którą
znoszą hybrydyczne monstra: naturalne/sztuczne. Logika powoływania do
istnienia cyborga opiera się na introjekcji i absorpcji, gdzie znoszona
jest granica między tym, co naturalne a tym, co sztuczne, między tym co
wewnętrzne a tym, co znajduje się na zewnątrz. Cybernetyczny organizm –
już z samego założenia – nie może więc być “rozebrany” na część
naturalną i mechaniczną. Nie można zedrzeć sztuczności bez naruszenia
całości, bowiem w akcie introjekcji chodzi właśnie o otoczenie jednego
ciała, np. maszyny, przez drugie (dosłownie chodzi o wrzucenie = introiectio), a następnie ich zmieszanie. Technologia nie odgrywa tu roli “innego” wobec człowieka, lecz po prostu w nim egzystuje.
Z tak rozumianą metodą konstruowania cyborgów mamy do czynienia już
od dawna. Co więcej, podoba nam się ta introjekcja i szeroka skala
absorpcji, która jest jej wynikiem, bowiem jesteśmy piękniejsi (zabiegi
plastyczne) i sprawniejsi (operacje, dzięki którym władamy organami
niefunkcjonującymi naturalnie). Maszyny nie należą już do krajobrazu
zewnętrznego, jak niegdyś samochody, telefony, czy odkurzacze, lecz
stały się częścią nas. Postęp technologiczny nabrał takiego tempa, że
przekroczone zostało także tabu narodzin (sztuczne zapładnianie) i
śmierci (podtrzymywanie procesów życiowych przez maszyny). Wysoko
wyspecjalizowana nauka zaczyna dorównywać science fiction. Cyborg nie jest więc już postacią ze szklanego ekranu. Coraz częściej traktujemy go jako byt realny.
Podane wyżej przykłady ujawniają olbrzymią troskę współczesnej
kultury o ciało, jego dobrą kondycję, sprawność, zdrowie i młodość.
Techniczno-ludzka introjekcja w dużej mierze jest podporządkowana tej
trosce. Witalność ciała jest bez wątpienia jedną z obsesji
współczesności.
Zjawisko to nie jest jednak dowartościowaniem biosfery. Wręcz
przeciwnie. Pożądanym efektem jest tu bowiem pokonanie natury, a przede
wszystkim jej bezwzględnej fazy starzenia i śmierci. Idea
cybernetycznych tworów próbuje – przynajmniej w
medyczno-technologicznej sferze immersji – maksymalnie ograniczyć, a
najlepiej wyeliminować śmierć: zniszczone organy zastąpić technicznymi
replikami, uszkodzony krwiobieg lub system nerwowy podmienić na
elektrołącza. Przepalone części zawsze można wymienić na inne (dodajmy:
lepsze i sprawniejsze). Cyborg – przynajmniej w swej utopijnej formie –
nie umiera. Jeśli nie umiera, to nie ma powodu, by go opłakiwać.
Zaburzony więc zostaje fantazmatyczny13 aspekt historii,
związany z opłakiwaniem i zmartwychwstaniem ciał. Roland Barthes
twierdzi wręcz, że “ historia to koniec końców historia miejsca par excelence fantazmatycznego, mianowicie ludzkiego ciała” 14.
Pisarstwo historyczne ma więc na celu powtórne przywołanie do życia
tych, którzy umarli, by pozwolić im istnieć w naszej pamięci, która
określa tożsamość i dziedzictwo.
Ciało, które nie umiera, a nawet nie jest już ciałem, lecz jego chemiczno-elektronicznym simulacrum
nie może sobie rościć praw do żadnych form opłakiwania. Te – jak np.
lamenty pogrzebowe – były wyrazem żalu po utracie, ale także
wielokrotnym i różnorodnym odtwarzaniem pamięci o zmarłym. Cyborg nie
chce pamięci, lecz wiecznej teraźniejszości.
Między ciałami
Współczesność otaczając tak wielką troską naszą cielesność,
równocześnie przejawia wobec niej wiele agresji. W kulturze cyberpunk
ciało jest wręcz zbędnym balastem, który próbuje się wyrzucić na
zewnątrz. Nasze ciała wydobywają się z ram biologicznych i szukają
przedłużenia w technosferze. Tak przecież możemy interpretować nasze
codzienne zanurzenie w mediach komunikacyjnych oraz uzależnienie od
technologii. Człowiek zmienia się pod wpływem własnych wynalazków, a w
konsekwencji technika zaczyna zmieniać naszą tożsamość. Dlatego we
współczesnych dyskursach naukowych coraz częściej goszczą określenia:
cyber-tożsamość, cyber-ciało, cyber-płeć. Podkreślają one napięcie
między wyobrażeniem człowieka jako psychofizycznej całości a sensem
nowym, wynikającym z nie spotykanego wcześniej odniesienienia do
cyberkultury, posthumanizmu i epoki postbiologicznej. Obowiązujący w
danej kulturze obraz człowieka wymaga bowiem uwzględnienia modelu
świata, w którym on/ona/ono żyje. Nie można określić losu człowieka bez
uwzględnienia kontekstu kulturowego15. Dotyczy to także
sensu bytu historycznego. Koncepcja człowieka i świata to całość.
Dlatego cyber-osobę tak często łączy się ze światem simulacrum
Baudrillarda. Kraina pomieszanych porządków i sztuczności jest
wymarzonym środowiskiem do kreacji cyber-tożsamości. Tu nie ma już mowy
o człowieku jako psychofizycznej całości. Nie chodzi także o podmiot
transwerstalny – jak u Wolfganga Welscha16 – lecz o podmiot nomadyczny. Wielości mentalnych światów i kultur zagraża procesualność i transhumanizm.
Nie chodzi więc już o indywidualność osoby, lecz o powielanie,
multiplikację i zbiorową świadomość. Nie chodzi nawet o emancypację od
kulturowych dyskursów władzy ujarzmiających i nadzorujących cielesność
– Michela Foucaulta17 – lecz o łączenie ze sobą różnych ciał
i to także na odległość. Ciała złączone z ciałami, z maszynami i
oprogramowaniami nie muszą nawet pozostawać w fizycznej bliskości, lecz
z powodzeniem mogą funkcjonować na odległość. Tak cybernetyczny
organizm widzi np. australijski artysta Stellarc, dla którego Internet
jest nie tylko zbiorem różnych danych, lecz rodzajem krwiobiegu, lub
zewnętrznego systemu nerwowego, który umożliwia komunikowanie. Ciała
stają się węzłami włączanymi, przełączanymi i pobudzanymi przez maszyny
i ich oprogramowanie18. Podmiot traci więc znamiona stałości i kieruje się ku sytuacyjności.
W niektórych koncepcjach chodzi wręcz o destrukcję podmiotu. Taki
punkt wyjścia przyjął np. cyberfeminizm. Sprostać temu zadaniu może
przymierze kobiet i maszyn, jako że jedne i drugie są symulatorami,
brakuje im stałej tożsamości. Zamiast tego nieustannie “działają jako” (perform as) 19.
Zarówno kobiety, jak i maszyny są niczym i wszystkim/wszędzie. Są
“niepełne” (stąd ich nieustanne porównania z cechami męskimi). Zdaniem
inicjatorki cyberfeminizmu, Sadie Plant, wspólne działanie kobiet i
inteligentnych maszyn może doprowadzić do powstania nowego gatunku
kobiety. Będzie to emergent: “kobiety połączone ze sobą, kobiety
połączone z komputerami, łącza komputerowe i telekomunikacyjne, złącza
i sieci” 20. W takim akcie immersji (immersio = zanurzenie)
ciała będą interaktywnie doświadczać rzeczywistości wygenerowanej przez
komputer. Osoba (lub nawet wiele połączonych ze sobą osób) zostanie
zanurzona w trójwymiarowej przestrzeni wygenerowanej przez cyfrowo
zakodowaną informację.
Tak intensywne zespolenie osoby z technosferą (pozostające wszakże
na razie domeną przyszłości) uniemożliwia zapuszczenie korzeni. Logika
takiej immersji implikuje bowiem wypełnienie przestrzeni między ciałami
nieskończenie wielką ilością połączeń i przełączeń, które intensyfikują
przeżycia w coraz to innych układach (odniesienia i linki tworzą
nieskończenie wielką możliwość kombinacji). Rozważając rzecz
hipotetycznie, możemy powiedzieć, że taka absorpcja ciał i technosfery
skazuje cyborga ma tkwienie w wiecznej teraźniejszości. A jeśli taki
cybernetyczny twór nie ma korzeni, to nie ma też przeszłości, bowiem w
swej zmienności, złożoności i ulotności dryfuje po różnych, niespójnych
obszarach pamięci, które charakteryzuje dywersja wobec dyskursu
metaforycznego. W najostrzejszej formie występuje ona w
cyberprzestrzeni.
Jeśli za Marco Posterem cyberprzestrzeń potraktujemy nie jako narzędzie lecz jako przestrzeń społeczną21,
to zasadne staje się pytanie o społeczeństwo, które tę przestrzeń
zamieszkuje. Dalsze pytania dotyczą natomiast stosunku tegoż
społeczeństwa do przeszłości.
Wielu badaczy analizujących fenomen wirtualnego świata podkreśla, że
jest to idealne środowisko do rozmazywania granic osobowości,
zacierania lub zwielokrotniania tożsamości, niszczenia podmiotowości.
Dlatego matrix jest doskonałą przestrzenią społeczną dla wspomnianego
już cyberfeminizmu. Dawne, kontakty kobiet: w kościołach, organizacjach
charytatywnych, na ulicach (czyli w miejscach pełniących funkcje
społeczno-polityczne; grecka agora) zostały zastąpione kontaktami
pozafizycznymi. Teraz spotkania, opracowywanie kampanii politycznych,
wchodzenie w przestrzeń publiczną i zaznaczanie w niej obecności odbywa
się dzięki sieci Internetu. Nową jakością, którą postulują
cyberfeministki jest samo-organizacja połączonych maszyn i kobiet. W
ten sposób następuje mutacja narzędzi w złożone systemy, które
zaczynają myśleć i samodzielnie podejmować działania nastawione tylko
na to, co żeńskie.
Dla naszych rozważań jest to o tyle ważne, że tak konstruowane
emergenty nie mają korzeni, którym musiałyby dochować wierności.
Cyberfeminizm bojkotuje bowiem światopogląd i rzeczywistość
patriarchalną, a więc także historię, która jest jej wytworem.
Troszcząc się wyłącznie o hybrydy rodzaju żeńskiego wypiera z pamięci his-stories i ich bohaterów, a do systemu “ładuje” her-stories i jej bohaterki.
Czy faktycznie mamy tu jednak do czynienia z innym dyskursem niż
historyczny? Sądzę, że nie. Schemat pozostaje bowiem ten sam. Nadal
mamy konwencjonalnie ujętą przeszłość, wydobywa się z niej tylko inne
zagadnienia i innych bohaterów, a więc gdy dawniej opiewano czyny mężów
stanu, naukowców i artystów, to cyberfeminizm propaguje wiedzę o
kobietach i ich osiągnięciach.
W wirtualnym świecie obok cyberfeminizmu funkcjonuje zresztą wiele
innych grup, takich jak mniejszości seksualne, etniczne, czy religijne,
które wymykają się historii globalnej i podporządkowanym jej formą
dyskursu (całość, chronologia, wynikanie). Struktura cyberprzestrzenii
sprzyja decentralizacji, a więc każda z grup może rozwinąć taką wiedzę
o swej przeszłości, która przynależy tylko jej i nie pozostaje w
związku z innymi historiami.
Nie stało się tu jednak nic nowego. Rozbicie Wielkiej Historii na
wiele różnych mikrohistorycznych i lokalnych ujęć było już domeną
czasów ponowoczesnych; nie jest więc wcale wytworem cyberfeministek
flirtujących z technologią.
By zburzyć “dyskurs historii” trzeba by wyrugować podstawy jego
funkcjonowania. Powołując się na Foucaulta można powiedzieć, że
należałoby wypracować nowe “zdarzenia dyskursywne” i odpowiednie
warunki do ich spełnienia, by w rezultacie stworzyć taką “formację
dyskursywną”, która spowoduje pęknięcie w istniejącej już “formacji” 22.
Zdaje się, że cyberprzestrzeń stwarza ku temu pewne warunki,
niemniej zburzenie tradycyjnego “dyskursu historii” (który jest częścią
“dyskursu władzy”) nastręcza wiele kłopotów, gdy koncepcje te próbuje
się wcielić w życie23. Sądzę, że obecnie możemy wyłonić dwie
przesłanki, które zniekształcają, lub – posługując się nadal
terminologią Foucaulta – powodują “pęknięcie” w naszym konstruowaniu
obrazów przeszłości.
Takim pierwszym “zdarzeniem” jest porzucenie w cyberprzestrzenii komunikacji bezpośredniej (face of face)
i zastąpienie jej komunikacją na odległość. Drugie “zdarzenie” to próby
porzucenia lub maskowania biologicznego ciała na rzecz ciała
wirtualnego.
Pozostańmy na razie przy pierwszym “zdarzeniu”. Brak bezpośrednich
kontaktów pozwala na przyjmowanie różnych tożsamości, a to oznacza, że
w sieci możemy przedstawiać się i funkcjonować jako osoba o odmiennej
płci, rasie, lub wieku niż w rzeczywistości (np. głośny przypadek
dwunastoletniej dziewczynki, która przedstawiając się jako
osiemnastolatka korespondowała drogą internetową z żołnierzem marynarki
UAS, a następnie uciekła z nim, porzucając dom rodzinny; przypadek
mężczyzny imieniem Alex, który w sieci funkcjonował jako “Joan” i z
powodzeniem prowadził konwersacje na intymne tematy z kobietami, aż do
chwili, gdy okazało się, że “Joan” nie istnieje). Goszcząc wielokrotnie
w Avards Worlds zaskoczyło mnie to, jak turyści, a zwłaszcza obywatele
tego świata niechętnie ujawniają swój wiek, zawód, prawie wcale nie
wypowiadają się na temat rodziny. Jeśli nawet odpowiadają na pytania o
ich faktyczną tożsamość i korzenie, to bardzo lakonicznie, niechętnie,
lub wymijająco. W cyberprzestrzeni pożądana jest wirtualna tożsamość, a
ta nie ma stałych znamion, lecz zwraca się ku sytuacyjności.
Jeśli zmiana tożsamości w sieci jest tak łatwa i umożliwia
funkcjonowanie nawet jako kilka zupełnie różnych osób, to
niemożliwością okazuje się skonceptualizowanie spójnej wizji świata,
obowiązujących w nim norm, praw, zależności i systemu wartości.
Tymczasem koherencja świata i człowieka jest podstawą tworzenia opisu
przeszłości. Jeśli porzucimy tę jedność, lub rozłożymy na kilka różnych
wizji (tak jak jedna osoba przyjmuje kilka różnych, sytuacyjnych
tożsamości) to nie będzie już mowy o historycznym obrazie świata, lecz
co najwyżej o różnych, niewspółmiernych wobec siebie obrazach.
Rzeczywistość (obecna i miniona) zostaje sprowadzona tu już nie do
wielości, lecz do sytuacyjności, która sprzeciwia się nie tylko
całości, chronologii i wynikaniu, lecz bojkotuje także wszelkie
zakorzenienie i preferuje niezobowiązujące przeskoki.
Brak zobowiązania (założeń) opartego na określonym przedrozumieniu
(światopoglądzie) uniemożliwia selekcję, weryfikację i analizę faktów.
Zmienność i sytuacyjność nieustannie stawia podmiot nomadyczny wobec
różnych założeń, a więc także wobec wielorakich, nieuporządkowanych
zdarzeń. Podważona więc zostaje struktura tworzenia dzieła
historycznego, która wymaga uporządkowania faktów.
Poza ciałem
W kulturze cyberpunk fizyczne ciało jest niechcianym i zbędnym
balastem. W przeciwieństwie do cyborgów, które poprzez absorpcję
sztucznych organów chcą jak najdłużej zachować witalność ciała, monstra
z klanu cyberpunk dążą do oddzielenia cielesności od świadomości. W tej
wersji ludzko-technicznej immersji ciało nie będąc potrzebne zostaje
“zaparkowane” na zewnątrz. Liczy się tylko świadomość, to ona jest
atutem w tworzeniu nadludzi.
W podstawowym wariancie chodzi o przeszczepienie ludzkiej
świadomości/duszy do zero-jedynkowego systemu operacyjnego komputerów.
Badacze zajmujący się fizyko-chemicznym podłożem funkcjonowania mózgu
wykazują wiele sceptycyzmu wobec tych koncepcji24. Dla
niektórych humanistów teoretyczne pole do tych rozważań stwarza
adaptacja pitagorejskiej koncepcji harmonii, którą przesycona była
starożytna i renesansowa filozofia, teoria muzyki, malarstwa i
architektury25. Dzisiaj oparta na modelu liczbowym sztuka
wirtualna jednoczy kreację artystyczną i matematykę, natomiast w
przyszłości może stać się kolejną wersją pitagorejskiej duszy. W
interpretacji Moniki Bakke można wręcz mówić o cyber-duszy, która w
mityczno-metafizycznym zapisie, zdolna będzie przechowywać i odtwarzać
stany świadomości26. Jeśli więc Pitagorejską koncepcję
zinterpretujemy w duchu współczesnych wyobrażeń możliwej przyszłości,
to okaże się, że “Pitagorejska dusza [...] ma charakter liczbowy, a
zatem jest już blisko cyber-duszy, która ma charakter zero-jedynkowy” 27.
Pożądanym efektem tych przeobrażeń byłyby nieskrępowane podróże w
cyberprzestrzenii. Człowiek uwolniwszy się od wszelkich ograniczeń,
jakie są nałożone na biologiczne ciało mógłby latać, pokonywać
olbrzymie odległości, swobodnie przemieszczać się między galaktykami
zmapowanymi w siatce matrixa. Niczym bohater powieści Williama Gibsona Neuromancer,
Case moglibyśmy pozostawić ciało na parkingu strzeżonym przez jakąś
fantazmatyczną farmakonę i pozwolić, by maszyna penetrująca mózg
otuliła nas elektroniczną skórą.
Z taką sytuacją mamy do czynienia już właściwie dzisiaj.
Przywdziewając skórę elektroniczną (hełm, kombinezon i rękawice) możemy
nie tylko doświadczać cybernetycznego świata obrazów i symboli w taki
sposób, jakby były to doznania realne, ale możemy także wcielić się –
dosłownie – w dowolną osobę. Złudzenie to jest możliwe – twierdzi
Margaret Morse – gdyż “skóra elektroniczna (albo interfejs)
zapośrednicza świat wirtualny równocześnie maskując aparat
zapośredniczający, a maskowanie sprawia, że to, co desygnowane jawi się
w obszarze symbolicznym: w zgodzie z definicją aktu performatywnego lub
deklaratywnego mowy, poruszać symbol do działania jest samym
działaniem” 28. W takiej sytuacji latając w
cyberprzestrzeni nie symbolizujemy latania, lecz zdaje się nam, że
faktycznie to robimy. Za cenę porzucenia ciała/mięsa pozwalamy otulać
się elektroniczną skórą i zadamawiamy się w matrixie korzystając z jego
dobrodziejstw. Tu nie musimy już udawać, że jesteśmy kimś innym, lecz
faktycznie stajemy się “innym”. Nakładając maskę “innego” stajemy się
nim.
W matrixie możemy być więc kimkolwiek i gdziekolwiek. Oznacza to, że
mapując w komputerze np. średniowieczną wioskę Montaillou wraz z
mieszkańcami29, możemy – dzięki skórze elektronicznej –
przenieść się do tego miejsca i społeczności. I nie będziemy tu widzem,
ani gościem, lecz zgodnie ze swym życzeniem staniemy się Béatryce,
Piotrem lub Bernardem. W ten sam sposób moglibyśmy także przechadzać
się po renesansowym Rzymie, a nawet wziąć udział w pierwszej wyprawie
ludzi na Księżyc.
Zniewalający powab wirtualnej podróży do przeszłości doskonale odpowiada więc simulakrum
Baudrillarda, gdyż granica między realnością a wirtualnością zostaje
zatarta tworząc nową jakościowo rzeczywistość. Jest ona
pozaprzestrzenna i pozaczasowa, gdyż funkcjonując jako zjawisko
mentalne wymiarów takich nie posiada, lecz jedynie odnosi się do nich.
Być może właśnie takie mentalne podróże do przeszłości – jeśli w
ogóle będą kiedyś możliwe – zadowolą krytyków historiografii
poszukujących alternatywnych sposobów dotarcia do przeszłości. Być może
takie podróże wypracują nie tylko nowe strategie narracyjne
(równoczesność “dziania się”, brak początku, rozwinięcia, zakończenia,
wielowymiarowość bez centrum i obrzeży), ale pozwolą także uobecnić się
przeszłości. Choć nie będzie to już prawdziwa miniona rzeczywistość,
lecz jedynie simulacrum, to silne maskowanie aparatu
zapośredniczającego będzie pozwalało nam ufać, że faktycznie bierzemy
udział w wielkich wydarzeniach z przeszłości.
PRZYPISY:
1 Powołuję się na ostatnie wydanie: Jerzy Topolski, Świat bez historii, Poznań: Wydawnictwo Poznańskie 1998, s. 5.
2 Wydania polskie: Francis Fukuyama, Koniec historii, przekł. T. Bieroń, Marek Wichrowski, Poznań : Zysk i S-ka 1997; tenże, Ostatni człowiek, przekł. T. Bieroń, Poznań: Zysk i S-ka 1997.
3 Jean Baudrillard, Procesja symulakrów, przekł. T. Komendant, w: Postmodernizm. Antologia przekładów, pod red. R. Nycza, Kraków: Wydawnictwo Baran i Suszczyński 1998.
4 Wojciech Wrzosek, Co chcemy dzisiaj wiedzieć o piśmiennictwie historycznym?, w: Metodologiczne problemy syntezy historii historiografii polskiej, Rzeszów: Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej 1998, s. 51.
5 Przyjętą perspektywę opieram na twierdzeniu Jerzego
Topolskiego i Wojciecha Wrzoska, że jedną z najistotniejszych kwestii w
organizowaniu obrazu dziejów jest wyobrażenie historyka o roli
człowieka, jako sprawcy i uczestnika przemian kulturowych. “Miejsce
człowieka w świecie to najczulsze miejsce historyka, szkoły
historycznej, epoki w dziejach pisarstwa historycznego, orientacji
badawczej. Wizja człowieka stanowi oś proponowanego ładu świata”.
Wojciech Wrzosek, Co chcemy dzisiaj wiedzieć..., s. 51.
6 Zob. Francis Fukuyama, Dziesięć lat po “Końcu Historii”, http://cyberforum.pl/t_fuku.html
7 Rene Descartes, Rozprawa o metodzie, przekł. W. Wojciechowska, Warszawa: PWN 1988, s. 73.
8 Tamże, s. 72.
9 Tamże.
10 Zob. Hannah Arendt, Koncepcja historii: starożytna i nowożytna, w: taż, Między czasem minionym a przyszłym. Osiem ćwiczeń z myśli politycznej, przekł. M. Godyń i W. Madej, Warszawa: Aletheia 1994, s. 75.
11 D. Haraway, A Cyborg Manifesto: Science, Technology, and Socialist-Femininism in the Late Twentieth Century, tekst umieszczony na stronie internetowej pod adresem: http://www.stanford.edu/dept/HPS/Haraway/CyborgManifesto.html Fragmenty w tłumaczeniu E. Franus, w: “Magazyn Sztuki” 17 (1/1998), s. 204-213.
12 Tamże.
13 Zob. Miaria Janion, Projekt krytyki fantazmatycznej. Szkice o egzystencji ludzi i duchów, Warszawa: PEW 1991.
14 Roland Barthes, Wykład, przekł. T. Komendant, “Teksty” 5 (1979), s. 29.
15 Zob. Grażyna Gajewska, Człowiek wobec wyzwań współczesnej humanistyki i posthumanistyki, “Kultura Współczesna” 1 (2001).
16 Wolfgang Welsch, Stając się sobą, w: Problemy ponowoczesnej pluralizacji kultury. Wokół koncepcji Wolfganga Welscha, pod red. A. Zeidler-Janiszewskiej, Poznań: Humaniora 1998, część 1.
17 Michel Foucault, Nadzorować i karać, przekł. Tadeusz Komendant, Warszawa: Aletheia 1993.
18 Zob. prace artysty z cyklu Amplified Body oraz Ping Body, a także analizę przedstawioną w: Ryszard W. Kluszczyński, Społeczeństwo informacyjne. Cyberkultura. Sztuka multimediów, Kraków: Rabid 2002, s. 196-200.
19 Caroline Bassett, Z małą pomocą naszych (nowych) przyjaciół?, przekł. M. Tecław-Nowakowska, “Magazyn Sztuki” 18 (2/1998), s. 222.
20 Tamże, s. 221.
21 Według Marca Postera taka przestrzeń nie ma już wiele
wspólnego z grecką Agorą, ratuszem w Nowej Anglii, kawiarnią, czy
wiejskim kościołem (gdzie członkowie określonej społeczności spotykają
się twarzą w twarz tworząc społeczno-polityczne zależności), lecz jest
nowym typem przestrzeni publicznej. Marc Poster, Cyberdemocracy: Internet and the Public Sphere, http://www.gold.ac.uk/difference/papers/poster.html
22 Michel Foucault, Archeologia wiedzy, przekł. A. Siemek, Warszawa: 1977.
23 Takie kłopoty napotkały cyberfeministki przy próbie
zdefiniowania, czym jest i czym winien zajmować się cyberfeminizm oraz
przy próbie opracowania swego programu. Wobec niemożliwości ustalenia
consensusu spisano 100 anty-tez, np.: cyberfeminizm nie jest ideologią,
cyberfeminizm nie jest instytucją (Kassel 1997). Na ten temat zob.: Ewa
Witkowska, Co to jest cyberfeminizm? “Magazyn Sztuki” 17 (1/1998) on-line: http://www.magazynsztuki.home.pl/archiwum/teksty_internet_arch_all/ archiwum_on_line.html
24 Andrzej Brodziak, Uwagi na temat świadomości skwantowanej (fragmenty), http://www.kognitywistyka.net/artykuly/
ab_wokol_kontrowersyjnych_teorii_swiadomosci.htm
25 Zob. Stanisław Mossakowski, Pitagorejska teoria piękna i jej rola w teoriach artystycznych i naukowych doby humanizmu, w: Humanizm przełomu wieków, pod red. Józefa Kozieleckiego, Warszawa: Żak 1999.
26 Monika Bakke, Ciało otwarte. Filozoficzne reinterpretacje kulturowych wizji cielesności, Poznań: Wydawnictwo Naukowe Instytutu Filozofii 2000, s. 164-165.
27 Tamże, s. 165.
28 Margaret Morse, Co jedzą cyborgi? Logika oralna w społeczeństwie informacyjnym, “Magazyn sztuki” 17 (1998) on line: http://www.magazynsztuki.home.pl/archiwum/teksty_internet_arch_all/ archiwum_on_line.html
29 Odnoszę się do książki: Le Roy Ladurie Emannuel, Montaillou, wioska heretyków 1294-1324, przekł. E. D. Żółkiewska, Warszawa: PIW 1988.