« powrót
Tekst pochodzi z serwisu CyberForum.edu.plhttp://www.cyberforum.edu.pl
Klub Siedzącego Kartofla kontra internauci z Tucholi

rozmowa z prof. dr hab. Wiesławem Godzicem

Z prof. dr hab. Wiesławem Godzicem, teoretykiem filmu i mediów audiowizualnych, rozmawiają Marcin Gabryś i Mirosław Grassa.


Czy telewizja jest zła?

Telewizja jest wspaniała, cudowna i nigdy bym nie powiedział, że jest zła.

To dlaczego wielu ludzi tak uważa?

Na ogół myślimy to, co nam przekazują pokolenia, bo to jest najłatwiejsze. Dodatkowo w Polsce mamy duże upolitycznienie telewizji. W PRL-u wszyscy wiedzieli, że telewizja kłamie i ta myśl pokutuje do dziś. Z drugiej strony telewizja jako instytucja cieszy się dzisiaj największym zaufaniem społecznym. To doprawdy zadziwiający paradoks.

Jakie są powody, dla których oglądamy telewizję?

Można oglądać telewizję dlatego, że się jej bardzo nie lubi. Ja sam oglądam teleturnieje, pomimo tego, że denerwują mnie zadawane pytania, zachowanie prezenterów, a jednak siedzę i oglądam, gdy znajdę coś fascynującego.

A jak ktoś lubi, to ogląda...

Znam ludzi, którzy kochają kanały edukacyjne, typu Planete, National Geographic. Dla nich przedstawiają one samo życie, mogą godzinami podglądać zwierzęta, ludzi, czerpać wiedzę o kulturach etc. Ten trend wyznacza przyszłość telewizji. Kanały tematyczne, na przykład skierowane do wędkarza, który wprawdzie nie złowił ryby, a mimo to będzie przez pięć godzin oglądał kanał wędkarski. Telewizja zastępuje mu doświadczenie tej przygody, w której nigdy nie uczestniczy czy to z braku czasu, czy z innych powodów. Natomiast inną rzeczą jest gatunek, który rozwija się u nas w niesamowitym tempie - talk-show, czyli gadanie na ekranie. Jest to jedyne obecnie miejsce w polskiej przestrzeni kulturowej, w którym można nauczyć się rozmowy. Nauczyć się zadawania pytań, odpowiadania, tego, że istnieje pewna kontynuacja, pytania układają się w sekwencję, wchodzenia w słowo. Gdzież młodzież może nauczyć się kultury dyskusji? W domu nie, także nie w szkole, na pewno nie na ulicy, to gdzie?! Tylko w telewizji. Ja nie twierdzę, że telewizyjny talk-show dobrze uczy sztuki rozmowy - jest wiele negatywnych przykładów. Uważam jedynie, że jest to najpowszechniejsza, najbardziej dostępna i najbardziej efektywna forma jej nauki.

Ale przecież w amerykańskich talk show, stanowiących wzorzec dla polskich, uczestnicy tylko wrzeszczą na siebie...

To przykład Jerry’go Springera, Ricky Lake. Ale już show prowadzony przez Ophrę Winfrey zaprzecza temu, ty m bardziej, że zmieniła styl prowadzenia programu. Obecnie jest to wizyta w domu sławnej osoby i długa, spokojna rozmowa. I ludzi to wciąga. Rzeczywiście istnieją graniczne przypadki, ale wtedy my-widzowie stajemy się arbitrami, lubimy osądzać spory i lubimy emocje z tym związane.

Zaczyna się od tego, że jedynym wzorcem rozmowy jest telewizja, a na czym się skończy?

Jesteśmy blisko momentu, w którym jedynym wzorcem mówienia będą rozmowy przeprowadzane w telewizji. Jesteśmy o krok od tego, o czym pisał Jerzy Kosiński w "Wystarczy być". Nasze zachowania będą pochodziły nie z rzeczywistości, jak było do tej pory, ale z telewizji. Będą to wzorce telewizyjne, które zawładną naszym życiem codziennym. * To istotnie kres - tym groźniejszy, że przypomina bardziej model Huxleyowskiego "Nowego wspaniałego świata", niż Orwellowskiego zniewolenia w " 1984".* Różnica polega na tym, że nie dostrzegamy stanu uwięzienia i ograniczenia wolności - wprost przeciwnie - raczej odpowiada nam pozostawanie w tym stanie.
Wzorce przypominające nam totalitarne społeczeństwa(światy) znane z powieści Huxleya czy Orwella.

Czy w takim razie możliwe jest życie bez telewizji? Co z ludźmi, którzy świadomie zrezygnowali z posiadania szklanego ekranu? Co z ich dziećmi?

Myślę, że ci rodzice robią tym dzieciom krzywdę. Pozbawiają ich tematów rozmów, powodów nawiązywania kontaktów w tym wieku i w pewnym sensie źródła wiedzy. Dzieci, które nie mają kontaktu z telewizją nie znają pewnych kodów kulturowych. To mi przypomina książkę Joanne Rowling "Harry Potter" , nową wersję "Czarodzieja z krainy Oz". Głównym bohaterem jest dziecko - przyszły czarodziej, nie zdający sobie sprawy z własnej mocy. Mimo, że chodzi do szkoły dla czarnoksiężników to mieszka z "normalnymi" ludźmi tzw. Mogulami. W jego domu nie rozmawia się o magii, a tymczasem dla jego rówieśników jest to oczywistość.

A w Polsce?

Znam rozmaite groźne przykłady: oto nauczyciel renomowanego liceum w Krakowie chełpi się tym, że nie posiada odbiornika TV i naśmiewa się z uczniów rozmawiających o programie. Tymczasem badania mojego zespołu nie pozostawiają wątpliwości, że TV jest jednym z ważniejszych tematów rozmów nastolatków. Tym samym nauczyciel stawia się poza grupą, dla której przecież powinien być przewodnikiem i ekspertem, a nie wyrocznią.

A co z modą na życie bez telewizora?

Wielu profesorów ze znanych uczelni w Stanach Zjednoczonych programowo nie ogląda telewizji. Wstępują do klubów przeciwników szklanego ekranu, wychowują dzieci bez telewizora. W kulturze już od lat 60. rozbijanie telewizora to jeden z częstych motywów. Widać to w filmie Wima Wendersa "Alicja w miastach", a w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Karlsruhe poświęcono temu cały dział. Popularne na Zachodzie są happeningi polegające na rytualnym rozwalaniu odbiorników.

Z drugiej strony czy nie grożą nam uzależnienia od telewizji, Internetu? Innymi słowy przychodzi człowiek do lekarza i mówi wpadłem w sieciomanię, "telewizjomanię" panie doktorze ratuj!

Jeśli w ogóle uda nam się dostać skierowanie do specjalisty (nie mam tu na myśli kłopotów naszej reformy służby zdrowia), ale brak specjalistów. W Warszawie jest jedna przychodnia, która zajmuje się INTERNET ADDICTION DISORDER (syndromem uzależnienia od Internetu ). Wcześniej istniał syndrom uzależnienia od telewizji, ale w Polsce nie rozwinął się w takim stopniu co np. w Stanach, gdzie istnieje cała subkultura "couch potatoes".

Co to takiego?

Ruch społeczny, "Klub Siedzącego Kartofla", do którego należą ludzie w dużym stopniu uzależnieni od telewizji. Uznają oni telewizję i jej obraz za zjawisko przewyższające rzeczywistość pod wieloma względami. Członkowie klubu żyją, żeby oglądać telewizję - i wokół tego powstała specjalna subkultura. Muszą mieć specjalne fotele, specjalne dania przeznaczone do mikrofalówki - "Hungry Man". "Najlepsi" z nich doszli do rekordów: 17 godzin dziennie oglądania TV. Mnie najbardziej pasjonuje symultaniczne oglądanie telewizji: wyobraźmy sobie kilka telewizorów ustawionych jeden na drugim, przekazujących inny program. Szaleńcze, głupie i zabawne.

Czy powstaną polskie "Kluby Siedzącego Kartofla"? Jaka jest sytuacja w naszym kraju?

Rozluźniły się więzy rodzinne, media są niezmiernie atrakcyjne, wzrasta też liczba domów wyposażonych w anteny satelitarne, sieci kablowe. A świadomość używania mediów jest niewielka. Rodzice nie mają czasu i dzieci oglądają telewizję same. Nauczyciele też nie mają czasu na te "głupoty" i zapewne nie potrafią zaproponować uczniom krytycznej analizy programu TV - a o to powinno nam wszystkim chodzić.

Ale czy w dzisiejszych czasach rezygnując z telewizji nie tracimy zbyt wiele z kultury?

Niektórzy z nas wybierają teatr, zamiast telewizji i jakoś obywają się bez niej. W Polsce przeważa opinia, że nowe formy przekazu są złe, nie nadają się do prezentacji zastanych(tradycyjnych) form kultury. Moim zdaniem - tu zgadzam się z poglądami Jacka Żakowskiego - przyszłość kultury polskiej zależy od telewizji. Nie można od niej uciekać. Każde medium jest zdolne przekazywać wartości, które uznajemy za istotne dla naszej kultury narodowej. Jeśli uważa się, że gry komputerowe są z gruntu złe, bo upowszechniają przemoc, to jedynym rozwiązaniem będzie stworzenie pozytywnej alternatywy. Nie należy odwracać się plecami! Dlaczego nie można by zaproponować gier RPG (komputerowych gier fabularnych) opartych na historii Polskiej, odkryciach geograficznych?

Czyli wyobraża pan sobie, panie profesorze na przykład grę, w której wcielamy się w jednego z apostołów i zdobywamy bonusy za krzewienie wiary chrześcijańskiej?

A czemu nie? Tym, co najbardziej zniechęca nas do dzieł "szlachetnych" jest kapiący z nich natrętny dydaktyzm. Oglądając np. teleturniej religijny "Salomon" widzę, że jest to program niedobry, bez pomysłu na przyciągnięcie uwagi widza, zwłaszcza, gdy ma on do wyboru kilkadziesiąt kanałów. Bardzo ciężko jest dzisiaj propagować wartości, trzeba mieć na to dobry plan. Zwłaszcza, że teraz jest czas nadawania im nowego sensu. Co obecnie znaczy patriotyzm? Mamy co do tego poważne wątpliwości. Czy ma to być patriotyzm obrońców z II-giej wojny światowej, ludzi męczonych przez UB? Dla wielu z nas to już historia. Wolimy myśleć o przyszłości i czasach obecnych, gdzie takie pojęcia oznaczają coś innego. Ale co? I tu widzę olbrzymią rolę mediów. Widzę też bojaźń przed podjęciem tych tematów. Na gruncie kina robili to np. Kieślowski, w pewnym sensie Zanussi.

Czy telewizja może podjąć się tej roli?

Weźmy pod uwagę programy typu "Wybór należy do ciebie", tutaj telewizja spełnia rolę nauczyciela moralności, jest współczesną "Biblią pauperum", uczącą jak postępować i działać w konkretnych sytuacjach życiowych. Według badań 70% wiedzy czerpiemy z telewizji. To dziwne, jeśli weźmie się pod uwagę stan umysłów nauczycieli. Nauczyciele na ogół boją się mediów, nie znają ich, nie umieją się nimi posługiwać. Tymczasem młodzież czerpie swoją wiedzę nie z książek, nie z lekcji, ale właśnie z mass mediów. Dochodzi do pogłębiania się przepaści. I co się dzieje? Upada autorytet nauczycieli, upadają właściwie wszelkie autorytety, jeśli nie odnoszą się do świata młodzieży. A ich świat to świat gier komputerowych, telewizji, Internetu. Dlaczego nauczyciele nie mieliby rozmawiać z uczniami o "Klanie" czy "South Park"? Zastanowić się dlaczego klniemy, po co nam potrzebny taki język? Nie ustawiać na wstępie świata młodzieży jako gorszego. Ja nie wiem, czy on jest "gorszy", skoro jest zaledwie "inny".

Czyli nauczyciele mają się uczyć od młodzieży?

To jest problem, czy zacząć od przedszkolaków, czy od przysłowiowej "pani od polskiego" w szkole. Na Zachodzie takie programy istnieją już od wielu lat. Dzieci od podstawówki uczą się rozróżniania gatunków telewizyjnych, wiedzą, że np. reklama to fikcja ukierunkowana na perswazję. I czynią to odpowiednio wyszkoleni fachowcy. W Polsce Ministerstwo Edukacji na dobrą sprawę nie wie od czego zacząć - podstawy programowe ścieżki "Edukacja czytelnicza i medialna" są złe, nastawione na pasywne zachowania i bardzo konserwatywne. Nie tędy więc droga. Z kolei wyższe uczelnie nie są przygotowane, by uczyć kilkadziesiąt tysięcy nauczycieli.

Ale wystartowała przecież Interkl@sa?

To wspaniały projekt posłanki Grażyny Staniszewskiej, ale obejmuje on na razie około 5 tyś. szkół, na 30 tyś. w Polsce, więc większość pracy jeszcze przed nami. Ale i tutaj jest mnóstwo problemów do rozwiązania: jak zachęcić nauczycieli, by zaczęli uczyć się obsługi Internetu. Praktycznym problemem Interkl@sy jest przekonanie, że Internet jest polem do działania dla informatyków. A to przecież tak, jakby sądzić, że samochody są dla mechaników. Tymczasem większość ludzi nie jest zainteresowana tym, jak działa samochód, tylko używaniem go w celu wygodniejszego przemieszania się. Inna sprawa to stosunek naukowców do Internetu. Najczęściej mówią "to jest złe", nie znając zagadnienia, powtarzają poglądy z drugiej, trzeciej ręki. Takie stanowisko prezentuje np. Mirosława Marody, warszawska socjolożka, której poglądy zawsze brałem za swoje. Według niej Internet jest zaledwie medium. Używa metafory czajnika na herbatę, gdy w rzeczywistości Internet jest naczyniem, które zmienia charakter cieczy. Zmienia charakter komunikowania między ludźmi. Marody - a to już zabawne - analizuje IRC (sieciowe pogaduszki w czasie rzeczywistym) nie korzystając z niego.

Nie "ircuje"?

Nie. Podobnie jest z większością moich kolegów, którzy - mimo że mają dostęp do Internetu i własny adres e-mailowy - nie używają go w sposób naturalny (czyli, np. sprawdzają pocztę raz na tydzień). A ja uważam, że dzisiaj nie można napisać dobrego doktoratu nie korzystając z zasobów sieci. Internet to dzisiaj podstawowa agora komunikacyjna, miejsce wymiany poglądów. Studenci powinni mieć wręcz obowiązek uczestnictwa w grupach dyskusyjnych, związanych tematycznie z ich studiami.

Czyli aktywne uczestnictwo?

Bez wątpienia. To nie nowinka, to współczesna komunikacja, z której wielu ludzi wyklucza się z własnej woli.

Mamy jednak w Polsce taką sytuację: z jednej strony rośnie pokolenie Polsatu i oper mydlanych, z drugiej fenomen popularności Internetu...

...Zwłaszcza w małych miasteczkach. Spotkałem ostatnio znajomego, który zapytał mnie czy wiem, co się zmieniło w jego miasteczku. Powstały trzy nowe kawiarenki Internetowe - odpowiada. To jest fenomen. W konkursach na najlepsze strony internetowe wygrywają szkoły z małych miejscowości, np. z Tucholi. Bo tam jest wola, jest fascynacja, Internet jest tym oknem na Polskę, Europę i świat.

Ale przecież najwięcej czasu poświęcamy telewizji?

Kultura dzisiejszej Polski to dominacja przekazu telewizyjnego. Coraz częściej nie mamy czasu na kontakt twarzą w twarz, obcujemy ze światem zmediatyzowanym Tak jak z przysłowiowym Japończykiem, który nie patrzy na katedrę Notre Dame, ale robi zdjęcia lub filmuje na wideo. Dopiero w domu ogląda to sobie i mówi do znajomych: "Patrzcie, tu byłem". Jego kontakt z rzeczywistością to utrwalony materiał, bezpośrednia relacja nie istnieje. Ludzie, zwłaszcza spoza wielkich miast nie chodzą do teatru, nie czytają książek ani gazet. Jedyną drogą dotarcia do nich jest telewizja. I widzę, że np. rozwój kanałów tematycznych to sposób na wypełnienie misji telewizji publicznej.

A Polsatowcy?

Rozumiem, że jest to metafora telewizji komercyjnej. Jej zadaniem jest osiągnięcie zysku, czyli sprzedanie publiczności reklamodawcom. Można to robić na wiele sposobów. Na ogół bada się czego ludzie potrzebują. Bez angażowania badaczy powiemy, że ludzie w większości chcą łatwej rozrywki, szczypty seksu, prostego dowcipu.
Trudno nad tym dyskutować - to cecha gospodarki rynkowej. Chodzi mi zaledwie o to, że można w tym schlebianiu próbować ustawić tę poprzeczkę nieco wyżej (i nie stracić masowej publiczności). Tego - w moim przekonaniu - Polsat i inne stacje komercyjne - nie robią. Nawet ustawiają ten poziom nieco niżej, od tego, który "przeciętny" widz może pojąć i zaakceptować (czyli nie zmienić kanału). Pokolenie w ten sposób wychowane już istnieje, a niedługo będzie już pokolenie MTV Poland. Jeśli chcemy poznać polskie społeczeństwo powinniśmy patrzeć na program Polsatu.

A jak reaguje się na tę sytuację w Stanach Zjednoczonych?

W Stanach Zjednoczonych, gdy konserwatyści stwierdzili, że telewizja propaguje złe wartości, to zaproponowali krytyczną pedagogikę, czyli uczenie telewizji. Neil Postman, autor "Technopolu", zachęcał, by szkoły uczyły krytycznego odbioru telewizji.

I udało się?

Tak, bo w USA istnieje to, czego brakuje w Polsce: krytyka telewizyjna, felietoniści telewizyjni. U nas nie ma książek popularnonaukowych, o tym przecież najważniejszym medium. Do dziś nie rozumiem jak to się dzieje, że serial "Klan" jest tak popularny, a nie towarzyszy mu cała otoczka. W Ameryce od razu mamy 10-15 książek o bohaterach serialu, historii serialu, plotki i ploteczki. Pojawiają się fankluby, sklepy z odzieżą.

A właściwie dlaczego oglądamy opery mydlane, takie jak "Klan"?

Bo lubimy podglądać. W pewnym sensie zaspokajał tę potrzebę film, jednak oglądanie stuprocentowo zmyślonej fabuły jest zupełnie czymś innym, niż podglądanie życia codziennego. Opera mydlana jest blisko życia, dzieje się prawie na naszych oczach, fakty są podobne do rzeczywistości, jeśli jest czas matur, to widzimy to w kolejnym odcinku; ludzie ubierają się tak samo jak na ulicy. Bardzo lubimy oglądać życie. Opera mydlana to obraz naszej rzeczywistości, na którą na co dzień nie mamy czasu. Pełni też rozmaite funkcje terapeutyczne, czynią nas lepszymi. A poza tym, opery mydlane upomniały się o kobietę, o jej potrzeby oglądania szczególnej fikcji, o jej prawo do posiadania "dzikiej strefy", której nie kontrolują mężczyźni.

Panie profesorze, pamiętamy jak na pierwszym roku uczyliśmy się o szlachetnych funkcjach telewizji według raportów UNESCO: funkcji edukacyjnej, informacyjnej, i dopiero gdzieś na szarym końcu znajdowała się funkcja rozrywkowa. A teraz mówi się o erze infotainment (połączenie informacji z rozrywką), infocommercials (mieszanka informacji z reklamą). Kanały telewizyjne mają być tylko czasem reklamowym, przeznaczonym dla ogłoszeniodawców decydujących co pokazać w prime-time’ie.

Model BBC, w którym telewizja ma być jednym z narzędzi do tworzenia społeczeństwa obywatelskiego załamał się. Wszystko, co widzimy na ekranie jest nierozerwalnie związane z rozrywką. Telewizja jest maszyną rozrywki. Są bardzo liczne grupy ludzi, które pytają: "o co chodzi w tym życiu?" i odpowiadają: "żeby się zabawić". Nie można się obrażać na funkcję rozrywkową, trzeba ją wykorzystywać. Bo ona zakłada atrakcyjność. Przekaz telewizyjny musi być atrakcyjny. Telewizja publiczna nie może od tego uciekać, musi dostosować się do panującej konkurencji.

Atrakcyjny, czyli składający się z ładnych obrazków?

A co to znaczy ładne i dla kogo? Ja mam na myśli także - i przede wszystkim - atrakcyjność intelektualną. W tym sensie filmy z Jamesem Bondem spełniają tę rolę, bo pokazują żonglerkę konwencji i stereotypów, którą ogląda się z przyjemnością. Chodzi mi o to, że - z drugiej strony - szlachetność prezentowanej idei zwalnia wielu autorów - w ich przekonaniu - od konieczności dbałości o atrakcyjną formę. Niektórzy twierdzą, że należy podkreślać wagę słowa w dzisiejszej kulturze. Oczywiście, nie można jego wagi pomniejszać, ale należy zwrócić uwagę, że dziś słowo wchodzi w najrozmaitsze relacje z obrazem. Nie mamy słowa osobno, obrazu osobno, lecz razem. Patrząc na reklamę, jestem spokojny o słowo. Słowo obroni się samo.



Rozmawiali: Marcin Gabryś i Mirosław Grassa, studenci III roku politologii i dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.


Wiesław Godzic - profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmuje się teorią filmu i mediów audiowizualnych; prowadzi badania nad metaforą filmową w świetle teorii lingwistycznych. Obecnie rozpoczął kompleksowe badania nad widzem telewizji i kontekstem kultury popularnej. Posiada rozległe zagraniczne kontakty naukowe: wykłada w wielu renomowanych uniwersytetach światowych, stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej i Central European University. Jedne z ekspertów programu Interkl@sa, członek Rady Programowej Telewizji Kraków.
Jest autorem i redaktorem książek: "Interpretacja dzieła filmowego. Antologia przekładów", ( 1993 ) "Kino według Alicji", ( 1995 ), "Oglądanie i inne przyjemności kultury popularnej" ( 1996 ). "Telewizja jako kultura" (1999), "Humanista w cyberprzestrzeni" (1999).
Prof dr hab. Wiesław Godzic jest członkiem-założycielem Polskiego Towarzystwa Filmoznawczego, Członkiem Polskiego Towarzystwa Semiotycznego, członkiem Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Koła Piśmiennictwa, członkiem International Institute of Communication, London, UK, członkiem Society for Cinema Studies - Washington, USA, członkiem Psychoanalytic Forum for Cinema Studies, Washington, USA.