« powrót
Tekst pochodzi z serwisu CyberForum.edu.plhttp://www.cyberforum.edu.pl
Język hiperrzeczywistości – hiperrzeczywistość języka.
Rozważania bardzo wstępne.


Wojciech J. Burszta

Charles Fillmore z pełnym przekonaniem oznajmia, że "język bezpośredniej konwersacji stanowi podstawowe i pierwotne zastosowanie języka, a wszystkie inne jego użycia najlepiej opisywać w kategoriach odstępstwa od tej zasady" [1991,152]. W powyższym rozumieniu wszystko, co w sferze językowej wykracza poza komunikację typu facetoface, jest wtórne, wywodzi się, względnie ewoluowało z tej pierwszej. Owe pochodne zastosowania języka byłyby zatem jak temat i wariacje muzyczne; najpierw przyglądamy się tematowi - jego melodii, rytmowi i dynamice - i dopiero później próbujemy ustalić, w jaki sposób powstały poszczególne wariacje owego podstawowego, źródłowego tematu.

Aby wskazać na to, co odróżnia podstawowe środowisko funkcjonowania języka od układów wtórnych w postaci druku, pisma i literatury, należy - co oczywiste - najpierw wyodrębnić cechy tego pierwszego. Ich zestaw zawiera artykuł Clarka i Brennana [1991, 152]1 , reprezentantów teorii języka jako "współdziałania". W jej ramach rozmowa typu facetoface stanowi "kołyskę języka" sensie zarówno w pierwotności genetycznej, jak powszechności występowania w życiu społecznym. A oto wykaz wspomnianych cech:
[1] Współobecność uczestnicy znajdują się w tym samym środowisku fizycznym;
[2] Widzialność uczestnicy pozostają w bezpośrednim kontakcie wzrokowym;
[3] Słyszalność - uczestnicy mogą się wzajemnie słyszeć;
[4] Natychmiastowość - uczestnicy widzą swoje działania bez opóźnienia;
[5] Przelotność medium jest nietrwałe - szybko zanika;
[6] Brak zapisu - działania uczestników nie zostawiają śladów materialnych w postaci nagrań lub artefaktów;
[7] Symultaniczność uczestnicy są jednocześnie - i naprzemiennie - twórcami i odbiorcami;
[8] Improwizacja - uczestnicy tworzą i odbierają swoje działania na poczekaniu, w realnym czasie;
[9] Samookreślenie uczestnicy zgadzają się, kiedy i jakie działania podjąć;
[10] Samoekspresja - uczestnicy działają we własnym imieniu.

W komunikacji facetoface można dodatkowo wyodrębnić trzy sfery, odpowiadające kolejnym cechom: bezpośredniość (cechy 14), medium (cechy 57) i kontrolę (cechy 810). Komunikacja bezpośrednia nie wymaga żadnych szczególnych umiejętności i procedur, jest "naturalną", podstawową konwencją społeczną; uczymy się jej od dziecka, gdyż to na jej podstawie poznajemy rodzimy język. Wtórne zastosowania językowe zawsze charakteryzuje brak którejś z dziesięciu cech kontaktu bezpośredniego.

Nie jest moim zamiarem wchodzenie w szczegóły i komentowanie powyższych tez i całej koncepcji języka jako formy joint action. Jej wyjściowe założenia przytoczyłem w zupełnie innym celu, który można określić mianem heurystycznego. W niniejszym tekście proponuję bowiem zastanowić się nad pytaniem, w jakim stopniu współczesna technologia interaktywna stanowi przełom w dotychczasowym pojmowaniu owej "kołyski języka", czyli bezpośredniego kontaktu werbalnego, oraz do jakich rezultatów w przewidywalnej przyszłości doprowadzi powszechna obecność w naszym życiu "języka hiperzeczywistości". Czy technologizacja języka i komunikacji, jej zakładana intertekstualność, doprowadzi do stanu, którym nazywam, być może nieco na wyrost - "hiperzeczywistością języka"?

Nie będą to - rzecz jasna - rozważania lingwistyczne sensu stricto, ale uwagi z pogranicza filozofii i antropologii kultury. Jest zresztą charakterystyczne i znamienne, iż na profesjonalnym gruncie językoznawczym podobne problemy podejmowane są z dużymi oporami, niechętnie i w niewielkim tylko zakresie2 . Można rzec, że właściwa dyskusja toczy się na odpowiednich stronach internetowych, ale z reguły ogranicza się ona do grona "wyznawców" określonej sfery rzeczywistości wirtualnej (np.. środowiska świata MUDów), bez szerszych odniesień filozoficznolingwistycznych3 . Jak dotąd pismo jest dominującym środkiem komunikacji w Internecie, jego rola jest tutaj wszelako bardzo różnorodna, co prowokuje do podejmowania generalnej debaty zogniskowanej wokół racjonalizacji myślenia. Od czasów Renesansu, przez Galileusza i Kartezjusza, opozycja racjonalności wobec innych sposobów myślenia i pisania - metafizyki i literatury - jest stale obecna w kulturze intelektualnej. Dwie emblematyczne postaci dla tego sporu, to z pewnością Carnap i Heidegger, pierwszy tworzący podstawy logicznego pozytywizmu, drugi zatopiony w poetyckiej Ontologie. Ów spór dotyka bezpośrednio także istoty języka: Czy jest on instrumentem dostarczającym umysłowi najbardziej adekwatnej wiedzy o rzeczywistości i umożliwiającym nad nim kontrolę? Jeśli tak, to zadaniem filozofii powinno być pomaganie nauce w uwalnianiu jej od nielogiczności języków naturalnych poprzez tworzenie jednoznacznego języka symbolicznego. A może jednak język należy traktować inaczej - jako działalność sensotwórczą, niezależną od intencji oznaczania? W takiej sytuacji jawi się on nam jako Heideggerowska Sage. Wówczas świat językowy to nade wszystko medium swobodnej konwersacji, refleksji, medytacji i wolności skojarzeń, na których opiera się literatura, muzyka, sztuki wizualne, a także język codzienny (to ujęcie byłoby zapewne bliższe wspomnianemu Herbertowi Clarkowi).

Tym, co odróżnia obie koncepcje języka, jest odmienne widzenie jego normatywności - w koncepcji "ontologicznej" język działa bez świadomości własnych reguł, natomiast w ujęciu "racjonalistycznym" reguły zawsze poprzedzają zastosowanie, gdyż tylko przestrzeganie zasad może mu zapewnić symboliczną jednoznaczność.

Internet jest - jak mi się wydaje - przykładem koegzystencji obu tych rozumień, choć niejako z definicji istotę jego funkcjonowania stanowi maksymalna racjonalizacja i "czytelność" reguł konstruowania przekazów w ramach sieci jako wirtualnego hipertekstu. Z drugiej wszakże strony - przy wszystkich ograniczeniach, jakie narzucają procesy programowania - rzeczywistość wirtualna postrzegana jest przez jej "mieszkańców" jak świat, w którym można bez skrępowania wyrazić ludzką intencjonalność, rozwijać twórczość językową, dawać wyraz własnej ekspresji i tworzyć rozmaite tożsamościowe wspólnoty. Spróbujmy skomentować obie te kwestie.

Idea języka światowego, która antycypowała cechy dzisiejszego hipertekstu, tekstu wszelkich tekstów, wiele zawdzięcza twórcy nowoczesnej logiki jako nauki o symbolach, Gottfriedowi Leibnizowi. Spekulacje wielkiego filozofa i wizjonera niemieckiego dotyczyły języka pojmowanego jako characteristica universalis. Miał to być język symboliczny, pozwalający przeprowadzać rachunek na zdaniach, tak jak dzieje się to w matematyce, ale posiadał on dodatkowy walor - dałoby się nań przekładać zdania mowy potocznej wszelkich języków naturalnych. Leibniz pisał: "Stąd jest rzeczą jasną, że gdybyśmy mogli wynaleźć znaki nadające się do tego, iżby wyrażać wszelkie nasze myśli tak wyraźnie i ściśle, jak arytmetyka wyraża liczby, a geometria analityczna linie, moglibyśmy we wszelkich sprawach, o ile tylko mogą one być sprowadzone do rozumowania, dokonywać tego, czego się dokonuje w arytmetyce i w geometrii" [cyt. za Fullerem, 1969, 123]. Wierząc głęboko, że wszystkie problemy można rozwiązać, Leibniz zakładał, że pierwszym krokiem ku efektywnym działaniom na polu zracjonalizowania ludzkiej myśli musi być stworzenie uniwersalnego medium komunikacji. Posiadając uniwersalny język można przekładać wszelkie ludzkie pojęcia na ten sam zbiór symboli. To jest właśnie characteristica universalis, zbiór symboli mogących każde twierdzenie lub fragment rozumowania poddać logicznej kalkulacji. Dzięki wspólnemu językowi wiele niezgodnych ze sobą sposobów myślenia może istnieć w ramach jednego systemu, dzięki temu, że niezgodności przełożone na stałe symbole poddają się logicznym operacjom, można je tym samym "ustawiać" na jednym planie.

W roku 1987 idea Leibniza znalazła jedno ze swoich praktycznych zastosowań. Apple udostępnił bowiem wówczas użytkownikom pierwszy komercyjny hipertekst komputerowy, znany jako HyperCard, a składający się z tzw. stosów (stacks), które na pierwszy rzut oka przypominały elektroniczne karty indeksowe. W odróżnieniu wszakże od tych ostatnich, stosy wzajemnie się do siebie odnoszą. Każdy element w tekście łączy się z jego całością, albo z całą grupą tekstów. Tekst staje się w tym momencie hipertekstem, ponieważ stanowi dynamiczny system referencyjny, w ramach którego wszystkie teksty są wzajemnie powiązane na zasadzie elektronicznej intertekstualności. Jak to ujmuje Michael Heim: "Kiedy zapisane słowa i frazy posiadają dodatkowy wymiar, są jak kryształy z nieskończoną liczbą ścianek. Każde wyrażenie można odwrócić i spojrzeć na nie pod dowolnym kątem, z których każdy jest innym splotem tego samego tekstu. Słowa i frazy sprawiają wrażenie jakby się na siebie nakładały. Sekwencyjna literatura odrębnych, fizycznie odseparowanych tekstów umożliwia nieprzerwaną tekstualność. Zamiast podejścia linearnego, strona po stronie, linijka po linijce, książka po książce, użytkownik [hipertekstu - W.J.B.] łączy informacje intuicyjnie, na zasadzie skojarzeniowej. Hipertekst zachęca do literackości pobudzanej skokami intuicji i skojarzeń" [30].

Pojęcie "skoku" jest dla nas najistotniejsze. Przeskoki od jednego tekstu do drugiego, od jednego fragmentu do innego, od obrazu do zapisu i z powrotem, są właśnie tym, co odróżnia hipertekst od tradycyjnego czytania opartego na kolejnych "krokach" w sekwencji odbioru treści. Ale hipertekst jest czymś więcej niż tylko narzędziem odniesienia - "linki" w nim zawarte wskazują na obecność innych tekstów i możliwość natychmiastowego do nich dostępu. Takie są implikacje pojęcia "skoku", dzięki któremu wszelkie teksty są potencjalnie współobecne. Upada utrwalone w nas przekonanie, że istnieją teksty "pierwsze" i "wtórne", oryginały i kopie. W kodzie magnetycznym nie ma oryginałów, tekstów prymarnych, w ogóle dokumentów istniejących w sposób niezależny. Tekst oryginalny, to ten tylko, do którego mamy w danym momencie dostęp, ten skupiający akurat naszą uwagę. W konsekwencji upada również pojęcie izolowanej informacji werbalnej - zmagazynowane teksty można wizualizować, ożywiać i opatrywać dźwiękiem.

Internet jest jednym wielkim, choć niedoskonałym, hipertekstem, całością realizującą "giętką literackość" i zmierzającą do ostatecznego celu, jakim jest nieskończona mutacja tekstu. Opiera się na szybkości, "skokach" i swobodnej żegludze skojarzeniowej po terenach, które nas interesują. Charles Newman nie waha się nawet orzec, że pojęcie literackości hipertekstualnej doskonale streszcza charakter ponowoczesnej mentalności. Ponowoczesność jest pierwszym w dziejach typem kultury, pozostającej pod pełną kontrolą dwudziestowiecznej technologii oraz "pierwszą w ciągu pięciuset lat, w której informacja jest skodyfikowana w sposób nie oparty na umiejętności czytania i pisania" [187]. Nadmiar wszelkiej informacji jest dla wielu ludzi nie do zniesienia, tym bardziej, że nie ma dziś żadnego stałego centrum, wokół którego byłaby ona zorganiowana. Nie ma też żadnej hierarchii w jej gromadzeniu i udostępnianiu. Może właśnie m.in. z tego powodu wśród użytkowników Internetu pojawiła się już nowa cezura "dziejów świata". Pod angielskim skrótem B.C. nie kryje się bynajmniej tradycyjne "before Christ", ale "before computers".

Zdaniem Wojciecha Chyły znajdujemy się obecnie - równolegle - w drugiej i trzeciej fazie rozwojowej maszyn tekstualnych. Faza druga to nawigacja po Internecie, rozmaite formy "elektronicznego forum" oraz coraz bardziej "oswojone" emaile. Fazę trzecią charakteryzują z kolei interaktywne maszyny tekstualne, interaktywne układy symulacji pod postacią CDROMów, MUDów, gier wirtualnych; to także "rzeczywistość wirtualna" i telekonferencje. O ile fazę drugą cechuje wspominana już wcześniej nieliniowość i zdematerializowanie pisma, które przyjmuje postać przedstawień monitorowych, o tyle cechy szczególne fazy trzeciej mają dalej idące konsekwencje. Zacytujmy najpierw autorskie ujęcie Chyły. Powiada on, że chodzi tutaj o "wytwarzanie mobilnych podmiotowości użytkowników tych maszyn, kreowanie pseudośrodowisk jako kwadrantów naszego zapośredniczonego doświadczenia, a zarazem naszego współdziałania z nimi, czego efektem jest nieustanne konstytuowanie się ponadindywidualnych , wirtualnych wspólnot - powstających w wirtualnej koegzystencji zawsze nieobecnych z zawsze nieobecnymi; tożsamość podmiotu, poznającego przedmiot poprzez techniczny układ jego symulacji, staje się w nieunikniony sposób efektem owej symulacji, nawet jeśli dokonuje się ona w układzie interaktywnym" [2000, 178].

Dzięki trwałej materialności zapisu słowo "śladuje" znaczenia w znacznikach - tak dzieje się w każdym tradycyjnym tekście. W maszynach tekstualnych słowo musi być wszakże podporządkowane przedstawieniom niematerialnym - audiowizulanym i multisensorycznym. "Czytanie" zamienia się w "żeglowanie", podobnie zresztą jak samo pisanie, które staje się grą możliwości. Język przybiera kształt komend, które - jak w magii - wyczarowują kolejne obszary, teksty, sztuczne środowiska. Wprawdzie wszystko zdaje się być natychmiast dostępne, ale słowo zostaje upodrzędnione i pozbawione dotychczasowego autorytetu - rewolta "przeciwko autorytetowi słowa (którą kultura maszyn tekstualnych niepostrzeżenie wywołuje - nie eliminując słowa, a tylko umieszczając je w nowym, technicznomedialnym kontekście) opiera się zatem na nie dającej się dostrzec mocy i potędze: na wywłaszczaniu podmiotu z jego władzy przedstawiania". I dalej jeszcze Chyła wzmacnia swój sąd w sposób następujący: "Następuje powszechne wywłaszczenie z samodzielnych władz zmysłowych i umysłowych podmiotu, z jego władzy sądzenia, z władzy myślenia własnych przedmiotów myśli z pomocą własnych ich mentalnych przedstawień i komunikowania ich innym w samodzielnie tworzonych i emitowanych materialnych przedstawieniach - w wytworach pracy ciała" [2000, 180]. Czy takie jest rzeczywiście oblicze żeglugi informacyjnej po oceanie technologicznym? Czy faktycznie słowo uległo degradacji w powyżej przedstawiony sposób?

Niewątpliwie życie w kulturze nowożytnej czy wręcz już ponowoczesnej, tym się charakteryzuje, że nasza naturalna percepcja świata jest zapośredniczona przez różnorodne systemy komunikacyjne. Na co dzień coraz większej rzeszy ludzi towarzyszy to, co zwie się teleobecnością. Oznacza to, że muszą oni doświadczać dwóch odmiennych środowisk jednocześnie: środowiska fizycznego, w którym się w danym momencie znajdują oraz środowiska przekazywanego i kształtowanego przez technologie - od zwykłego telefonu, przez telewizję i video, gry komputerowe, po bardziej zaawansowane formy interaktywności. Dzięki podobnemu zapośredniczeniu uczymy się "być tam", czyli w świecie, który nasze zmysły odbierają dzięki przekazowi elektronicznemu. "Bycie na odległość" to jednak przede wszystkim sposób oglądu świata, a więc także proces upodrzędniania języka względem obrazu, to - innymi słowy - wizualizacja kulturowych przedstawień. Te ostatnie są dostępne na żądanie, poddają się manipulacji (i same taką manipulacją są); wszystko jest potencjalnie możliwe - wirtualne tedy w pierwotnym sensie tego słowa.

Dla Jeana Baudrillarda taki stan dzisiejszego świata jest zabójczy dla ludzkiej świadomości, stanowi dokonaną na niej "zbrodnią doskonałą". Jeśli utrwala się w nas przekonanie, że mamy dostęp do wszelkich możliwych danych, to całość naszych działań i zdarzeń przekształca się i sprowadza do w czystej informacji. Innymi słowy, jest to "ostateczne rozwiązanie, rozłożenie świata w czasie za pomocą klonowania rzeczywistości i eksterminacji tego, co realne poprzez proces dublowania [...] W pewnym sensie historia świata została rzeczywiście skompletowana dzięki technologii wirtualnej. Niestety, oznacza to także faktyczne zniknięcie świata" [1996, 25]. "Rzeczywistość realna" staje się "rzeczywistością wirtualną", a unieruchomiona przy komputerze jednostka - Człowiekiem Wirtualnym. "Dlaczego mamy ze sobą rozmawiać, skoro tak łatwo się komunikować? - zapytuje dramatycznie Baudrillard [1995, 54]. No właśnie, wróćmy do podstawowego przedmiotu naszych rozważań i zapytajmy o status języka i komunikacji językowej w kulturze wirtualnej. Czy jest to "koniec" symbolicznej kreatywności aktów mowy i kres pisma jako takiego?

Wydaje się, że panuje w tym względzie swoiste rozdwojenie poglądów co do diagnozy tego, co dzieje się z językiem w kulturze technologicznej. Z jednej strony refleksja nad charakterem języka w hiperrzeczywistości jest szczątkowa i powierzchowna. Ogranicza się do rozważań nad żargonem komputerowym i tendencją do skrótu, jaka dominuje w komunikacji wspólnot wirtualnych. I tak, w tzw. rozmównicach internetowych (czyli "czatach"), gdzie wymiana zdań następuje bardzo szybko, zwięzłość jest wręcz wymagana. Większość skrótów pochodzi z języka angielskiego, zdarzają się jednak spolszczenia albo nawet kontaminacje polskoangielskie. Uczestnictwo w świecie Internetu przenosi się także na język potoczny: "Kiedy internauta chce zakomunikować na przyjęciu, że musi iść do domu, informuje o nadejściu pory, kiedy powinien być off line" [Borkowski 2000]. O tego typu zjawiskach wiemy wszakże doskonale, odnotowują je wszystkie nowsze słowniki i leksykony języka polskiego. A więc - nic wielkiego się nie dzieje podobne procesy historia kultury odnotowywała wielokrotnie. Następuje kolejna specjalizacja języka, na przykład następny parole określonej subkultury, który langue języka etnicznego z czasem zaadaptuje. To, co dzisiaj razi, stanie się normą.

W drugim, bardziej pogłębionym ujęciu, które nie jest domeną językoznawców a charakteryzuje filozofów, socjologów, antropologów i teoretyków komunikacji, kwestie języka albo jawią się ledwie jako element ogólniejszej ontologii, albo w ogóle nie występują. O tym, co dzieje się w języku trzeba wnioskować pośrednio - poprzez analizę rzeczonych ogólnych rozważań nad kondycją podmiotu w kulturze współczesnej. Szczególne miejsce w obrębie tej refleksji zajmuje myśl francuska, reprezentowana przez całą generację badaczy. W tym wypadku nie mówi się o naturalnych, ewolucyjnych zmianach kultury i języka, ale o kresie pewnej epoki świadomości ludzkiej in toto.

Wróćmy raz jeszcze do Wojciecha Chyły, czołowego komentatora myśli francuskojęzycznej spod znaku Baudrillarda i Virilio. Pisze on, iż "Istotą technicznego projektu wirtualności jest osiągać wirtualną koegzystencję wszystkiego ze wszystkim w jego informacyjnym zdublowaniu. Oznacza to osiągnięcie współczesności i współprzestrzenności nie rzeczy, czy też przedmiotów i podmiotów, ale ich niematerialnych wtórników [...] Punkt ciężkości kreacji przenosi się na komutację i komputację danych w reżimie informacyjnej ciągłości, a nie na wymyślanie stałości idei wcielanych w materialność świata, dostarczającą następnych idei do wcieleń tak, jak to było dotychczas w technicznym projekcie rzeczywistości, a nie wirtualności. Zmienił się paradygmat techniki, zmienił się więc też paradygmat intelektualnego i gospodarczego funkcjonowania społeczeństwa" [1998, 194195].

Analizując przytoczoną powyżej wypowiedź zwróćmy uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, język który próbujące opisywać postulowaną nową jakość kultury, jest językiem doskonale hermetycznym, absolutnie nieprzenikalnym dla laika. Autor zdaje się sugerować, że zachodząca zmiana jest tak fundamentalna, że trudno ją nawet zwerbalizować w dotychczasowym języku. Nowa rzeczywistość nie ma jeszcze swego odpowiednika ani w mowie potocznej, ani w dyskursie naukowym (nawet mój komputer nieustannie podkreśla kolejne terminy Chyły, klasyfikując je jako nieistniejące w polszczyźnie - np. komputacja). Po drugie, warto także zapytać, jak owa krańcowa wizja "przekłada" się na realia kulturowe, także te związane ze światami wirtualnymi? Zajmijmy się tym drugim aspektem.

Jak wiadomo, pojęcia kultury i języka pozostają ze sobą w ścisłym związku. Nie miejsce tutaj na rozwijanie tego wielkiego zagadnienia, przyjmijmy tedy - za Edwardem Sapirem - że język stanowi "przewodnik" po rzeczywistości społecznej, ergo - właśnie kulturze [Burszta 1996]. Skoro tak, to wizja społeczeństwa, w którym dokonała się rewolucja informatyczna, społeczeństwa przesiąkniętego medialnym przekazem, gdzie nie odróżnia się kopii od oryginału, gdzie czas i przestrzeń tracą swą dotychczasową współzależność, wreszcie - społeczeństwa, które zastępuje relacje podmiotowe stosunkiem podmiot - przedmiot, wszystko to winno mieć swój odpowiednik w nowej wizji języka, w nim się, jak w soczewce, odzwierciedlać. Śmierć dotychczasowych kulturowych pewników to jednoczesna śmierć języka, jego semantyki przede wszystkim.

Słyszymy jednak często, że nic takiego się nie dzieje. Upewnia nas w tym zdrowy rozsądek - ludzie rozmawiają ze sobą (może mniej niż kiedyś, ale jednak), kiedy proszę w sklepie o "but nr 42", dostaję odpowiedni przedmiot, trwają procesy edukacyjne, w których nadal podstawową rolę pełni słowo, drukowane są i czytane książki. Słyszymy też, że nie ma oznak "końca" kultury w takim sensie, jak sugeruje to choćby Baudrillard. Tę pewność, że kultura i język może i rozwijają się w niezbyt korzystnym dla człowieka kierunku, ale świat mimo to trwa i można w nim znaleźć stałe punkty orientacyjne, wyraża choćby książka Clifforda Stolla. Możemy w niej doszukać się takiego poglądu o wyższości życia off line nad iluzorycznym bytowaniem on line: "Jestem zalogowany do America Online, gdzie sieciowe pogaduszki są swobodne i niezobowiązujące. Najpierw zaglądam w miejsce publicznie dostepne - do holu. I oto na moim ekranie pokazują się jednolinijkowe wiadomości od dwudziestu osób o takich imionach jak Aztec Kong czy Yetta Notha. Rozmawiam z obcymi ludźmi, nie spotykając się z nimi. Mogłem się połączyć z nastolatkiem mieszkającym przecznicę dalej lub z emerytem z drugiego końca kraju [...] Realne kontakty międzyludzkie znacznie jednak przewyższają doświadczenia sieciowe. Elektroniczna komunikacja jest błyskawicznym i iluzorycznym kontaktem, którzy stwarza pozory bliskości, lecz brakuje im emocjonalnego zaangażowania koniecznego do nawiązania bliskiej przyjaźni" [Stoll 2000, 32]. A więc nie grozi nam - jak powiada w swoim języku Chyła - kultura jako wirtualne współistnienie zawsze nieobecnych z zawsze nieobecnymi za pośrednictwem komputerowego ekranu?

Myślę, że pytanie można postawić inaczej. Wróćmy więc do tytułu niniejszego tekstu. Czy język hiperrzeczywistości koniecznie implikuje hiperrzeczywistość języka?

Pod pojęciem języka hiperrzeczywistości proponuję rozumieć dwa odrębne jego aspekty. Pierwszy z nich kryje się pod ideą dążenia do osiągnięcia maksymalnej wersji hipertekstu, albo inaczej się wyrażając - idealnej infostrady. Byłby to taki stan kultury jako zmagazynowanej informacji, w której liczy się przede wszystkim możliwość "wiązania wszystkiego ze wszystkim" i zamiany każdego elementu kultury w informacyjny bit. Punktem docelowym tworzenia hipertekstu kultury jest w tym wypadku majaczący w oddali ideał hiperrzeczywistości języka jako systemu komunikacyjnoinformatycznego zupełnie niezależnego od intencji i wiedzy jednostek ludzkich. Byłaby to pozapodmiotowa, współczesna wersja Leibnizowskiej monady. Idea sztucznej inteligencji to jeden z wariantów tego technologicznego snu.

Ale język hiperzeczywistości rozumieć można inaczej - jako sposób korzystania z zasobów leksykalnych i składniowych oraz kształtowania semantyki języków naturalnych przez "ludzi Sieci", a więc przez jednostki i całe wspólnoty wirtualne, gęsto rozsiane w Internecie. Język ten jest, ale tylko w jednym ze swych aspektów, nieustanną symulacją pierwotnej swej formy, jaką wyznacza komunikowanie się ludzi twarzą w twarz. Dlaczego jest on tylko symulacją? Albo: dlaczego "chce" czy wręcz "musi" nawiązywać do werbalnej komunikacji bezpośredniej?

Odpowiedź musi sięgnąć do argumentów pochodzących z pogranicza filozofii człowieka i antropologii kultury. Uczestnictwo w życiu społecznym oraz obserwacja kultury w dziejach, utwierdzają nas w przekonaniu, że nie do pomyślenia jest funkcjonowanie jakichkolwiek społeczeństw całkowicie zatomizowanych, składających się z odrębnych jednostek wzajemnie się ze sobą nie stykających bezpośrednio i nie komunikujących za pomocą języka. Nawet w świecie cyberkultury Williama Gibsona bohaterowie jego książek, pomiędzy jednym a drugim skokiem w cyberprzestrzeń, egzystują w świecie realnym - okrutnym, ale jednak "namacalnym", gdzie krew ma zapach krwi, a seks smakuje naprawdę! Wspólnoty wirtualne można postrzegać jako wyraz tęsknoty za jakąkolwiek formą utożsamienia się z drugim człowiekiem, grupą podobnie myślących nowoplemion. Elementem konstytutywnym każdej takiej wspólnoty jest język, jakim się ona posługuje oraz próba - za jego pomocą - zbliżenia się do innych, owych "zawsze nieobecnych". Nie jest to konwersacja facetoface, to oczywiste, ale różnorodne formy jej przypominania i symulowania.

Język hiperzeczywsitości zakłada pierwszą cechę z zestawienia Clarka i Brennana. Przypomnijmy, że jest nią współobecność; w tym wypadku nie ma mowy o znajdowaniu się w tym samym środowisku fizycznym, ale we wspólnej przestrzeni wirtualnej. Inne cechy - widzialność, słyszalność, natychmiastowość, przelotność, symultaniczność, improwizacja, samookreślenie i samoekspresja - są symulowane. Z antropologicznej perspektywy ciekawe jest, czy i w jaki sposób użytkownicy Sieci zaczynają wierzyć, że nie jest to już tylko symulacja, ale "rzeczywista", pierwotna i jedynie wartościowa forma komunikacji międzyludzkiej. Symptomy takiej kulturowej - jeszcze dzisiaj - aberracji, są już widoczne. Ale czy istotnie możemy zapomnieć, że świat ekranowy, barwne możliwości interaktywnego z nim kontaktu, i świat "za oknem", konkretni ludzie, ta oto sprzedawczyni i ta oto dziewczyna, której pragnę dramatycznie, niczym się nie różnią? Czy można "do końca" uciec w hiperrealność?

Osobnego komentarza wymaga cecha dotąd nie wymieniona - brak zapisu. Działania uczestników, w odróżnieniu od kontaktów bezpośrednich, zostawiają ślady materialne, bo na materialności językowego zapisu opiera się możliwość komunikacji w świecie hiperrzeczywistym. I w tym właśnie sensie, ów świat jest "bardziej rzeczywisty niż rzeczywistość", gdyż nie mogę widzieć rozmówcy jako osoby z krwi i kości, ale "widzę" ją poprzez to, co zapisała i przesłała do mnie, do innych, w cyberprzestrzeń. Język wirtualny jest zatem także zastępnikiem nie tylko języka naturalnego, ale i wyrazem nadziei, że spotkanie z drugim człowiekiem zawsze jest możliwe. Problem zatem tkwi w czymś innym, co na koniec chciałbym zasygnalizować tylko, posługując się słowami Schopenahauera: "Gdy rośnie liczba pojęć, rosną również zasoby leksykalne języka, co jest nie tylko wskazane, ale i niezbędne. Gdy natomiast drugie następuje bez pierwszego, mamy do czynienia z ubóstwem duchowym, które chciałoby wyjść z czymś na rynek, ale cierpi na brak nowych myśli, dlatego oferuje nowe słowa. Taki sposób wzbogacania mowy jest współcześnie na porządku dnia i stanowi znak czasów. Lecz ubierać stare pojęcia w nowe słowa to tak, jakby starą szatę pokryć nowymi barwami" [192]. No cóż, jakże aktualnie brzmią te słowa z odległej epoki w kontekście debaty nad ponowoczesnością. Ale to już inny, szerszy temat, jedynie tutaj - jak się rzekło - zasygnalizowany ku rozwadze.


Bibliografia

Baudrillard J. [1995), The Transparency of Evil. Essays on Extreme Phenomena, London & New York.
Baudrillard J. [1996], The Perfect Crime, London & New York.
Borkowski J. [2000], CU czyli "do zobaczenia", "Wprost" 29.10 (Dodatek Inter media").
Burszta W. J. [1986], Język a kultura w myśli etnologicznej, Wrocław.
Chyła W. [1998], Szkice o kulturze audiowizualnej, Poznań.
Chyła w. [2000] Kruszenie słowa przez maszyny tekstualne, "Principia" t. XXVI.
Clark H. H. [1997], Using Language, Cambridge.
Clark H. H. [1998], The Culture of Education, Cambridge.
Clark H. H., Brennan S. A. [1991], Grounding in communication, w: L. B. Res nick, J. M. Levine, S. D. Teasley (red.), Perspectives on Socially Shared Cognition, Washington.
Fillmore Ch. [1991], Pragmatics and the description of discourse, w: P. Cole (red.), Radical Pragmatics, New York.
Fuller B. A. G. [1967], Historia filozofii, t. I, tłum. Cz. Znamierowski, Warszawa.
Heim M. [1993], The Metaphysics of Virtual Reality, New York & Oxford.
Schopenhauer A. [2000], O samobójstwie i inne pisma pomniejsze, tłum. Grze gorz Sowiński, Kraków.
Sitarski P. [2000], Lochy fikacji. MUDy jako akty mowy, "Principia" t. XXVI, s. 209222.
Siwak W. [1998], Hipertekstualna podróż przez wirtualne światy, w: A. Gwóźdź, S. KrzemieńOjak (red.), Intermedialność w kulturze końca XX wieku, Białystok, s. 143160.
Newman Ch. [1985], The PostModern Aura: The Act of Fiction in the Age of Inflation, Evanston.
Smith M. A., Kollock P. [2000], Communities in Cyberspace, London & New York.
Stoll C. [2000], Krzemowe remedium, tłum. T. Hornowski, Poznań.



Przypisy

1. Zestawienie to przypomina analizę porównawczą języka naturalnego i innych systemów komunikacji, autorstwa Charlesa Hocketta. W tym drugim wypadku chodziło o to, że pozajęzykowe formy komunikowania się wykazują zawsze brak mniejszej lub większej liczby cech definicyjnych języka ludzkiego.
2. I tak, cytowany wcześniej Herbert H.Clark w swojej ostatniej książce Using Language [1997], w ogóle nie zwraca uwagi na typ wtórnego środowiska językowego, jakim jest - coraz przecież powszechniej - Internet i wspólnoty wirtualne; przykłady podawane w tej książce ograniczają się do tradycyjnych dokumentów pisanych; z kolei Jerome Bruner w najnowszych pracach z kręgu "kultury edukacji" z wielką uwagą przygląda się efektom, jakie może przynieść zastosowanie komunikacji zapośredniczonej technologicznie dla procesów socjalizacji przyszłych pokoleń, a także - dla tradycyjnych umiejętności narracyjnych człowieka; zob. tegoż The Culture of Education [1998], zwłaszcza rozdział VII pt. "The narrative construal of reality"; wreszcie w monumentalnej pracy Communities in Cyberspace, pod redakcją Marca A.Smitha i Petera Kollocka [2000], o języku wspomina się tylko raz - w kontekście jakże modnego pojęcia "tożsamości".
3. Zob. interesujące artykuły: P.Sitarskiego, Lochy fikacji. MUDy jako akty mowy [2000], oraz W.Siwaka, Hipertekstualna podróż przez wirtualne światy, [1998].