|  |
 | Ekran ciągle przegrywa z życiem

 Rozmowa z prof. dr. hab. Zbigniewem Zaleskim (www.kul.lublin.pl/zaleski/), psychologiem z KUL i UJ
Panie Profesorze, właśnie dowiedzieliśmy się, że Internet przestał
istnieć. Koniec z odbieraniem i wysyłaniem e-maili, buszowaniem w Sieci
w poszukiwaniu informacji....
Nie ma Internetu? Nasuwa mi się skojarzenie, chyba scena z
jakiegoś filmu: kończy się życie na ziemi, nie ma ludzi. Zostaje tylko
jeden człowiek. Chodzi po zgliszczach i odbiera nieczytelne sygnały z
nadajnika, który działa tylko dlatego, że wiatr porusza klawiszem
nadajnika. Czy taki rzeczywiście stałby się wtedy świat? Dopuszczałem
to oczywiście w myśleniu katastroficznym, w wymiarze globalnym, że nie
ma informacji, fale przestają działać. Dla mnie byłoby to okropne, jest
wyobrażalne...
...ale to byłaby katastrofa?
Tak. Chociaż podźwignęlibyśmy się jakoś, zapewne wrócilibyśmy do
prostych sposobów komunikowania. A ten brak Internetu? Natura człowieka
jest taka, że jak osiągnie wyższy poziom - czegokolwiek - jedzenia,
ubierania, sposobu leczenia, to nie chce się cofać, do stadium
gorszego. To jest bardzo silny mechanizm. Może to jest dobre, że mamy
taką potrzebę, że ciągle idziemy do przodu. Z psychologicznego punktu
widzenia, przyzwyczajenie się do czegoś wygodnego, czyli nasze
wyuczenie, nowe nawyki, uzależniają od kolejnych osiągnięć
technologicznych.
Pamiętam, jak kilkanaście lat temu jako badacz akademicki, byłem jednym
z tych, którzy jako pierwsi, w ogóle do KUL i do Polski, przywozili ze
Stanów Zjednoczonych ideę praktycznego zastosowania pierwszych pecetów.
Potem komputerów, ale już sprzęganych w jeden organizm, połączonych w
sieć.
Niemożność korzystania z Internetu to dla mnie byłaby wielka szkoda.
Wyobrażam sobie także, jak dużo byłoby potwornego zamieszania w
świecie, ile byłoby różnych kosztów. Musielibyśmy wrócić do przesyłania
listów, tego wszystkiego, co się przesyła teraz, przez Internet. Cały
bagaż informacji musiałby znów spocząć na papierze, a od tego już
odwykliśmy. Nie chcemy. A po drugie czas. Bylibyśmy źli i zawiedzeni,
sfrustrowani, ponieważ teraz liczy się czas, więc powtarzam, że to
byłoby niekorzystne.
Moje życie prywatne bardzo mocno wiąże się z tym wygodnym kontaktem
przez Internet. Z moimi dziećmi, z których jedno jest za granicą. Z
wieloma moimi znajomymi rozmawiamy, wymieniamy informacje, poglądy
prawie tylko przez Internet. Mało już piszę listów tradycyjnych. Lubię
je otrzymywać, ale nierealne już jest, aby tylko taką drogą odbywała
się moja i naukowa i prywatna korespondencja. Mam duży respekt i cieszę
się z tego, że Internet jest. Nie chcę już żeby było inaczej.
Jest grupa ludzi, która żyje z tego i gdyby to przepadło, przestało
funkcjonować, to oni popadaliby w stan depresji, może nawet
popełnialiby samobójstwa.
Znaleźlibyśmy się w sytuacji porównywalnej np. z kryzysem w USA w latach 30?
Tak, to byłoby ogromnym kryzysem zwłaszcza dla tych, którzy
mają z tego pieniądze. Są kooperacje ludzi, którzy się nie widzą, a
komunikują się za pomocą Internetu, oni wypracowują jakieś nowe dobra,
i to jest to.
Panie Profesorze, przeżył Pan w pierwszych doświadczeniach nieufność, czy lęk przed Internetem?
Lęk, nieufność - może nie, ale kiedyś przeżyłem taki szok albo duży
dyskomfort niewiedzy. Gdy zacząłem się „uczyć komputera” to miałem
jakieś 30 lat. Byłem już doktorem uniwersytetu. I poczułem się głupio,
że nie umiem. Pocieszałem się tym, że obok, za drzwiami siedział dużej
klasy profesor Harold Kelley. Wszyscy wiedzieli, że kupił sobie
osobisty komputer. I mówiło się, że jak Kelley idzie po korytarzu i
gwiżdże, to coś mu się udało. Potem z nim rozmawiałem i dowiedziałem
się, że zamykał się na klucz, bo się wstydził swojej niewiedzy. Ale
uczył się aż się nauczył. Drugi słynny profesor nigdy komputera się nie
nauczył, pisał na maszynie cały czas.
Kwestia pewnych barier, nawyków?
Tak, i jeszcze oczekiwanie, że taki profesor powinien wiedzieć. A nie wie, więc głupio.
Czy Internet jest wynalazkiem na miarę największych osiągnięć w historii ludzkości, cywilizacji?
Ja podzieliłbym odkrycia i wynalazki na dwa typy: jeden to
taki, który ma ogromne znaczenie, ale bezpośrednio nikt z nas z tego
nie korzysta (to np. dzieło Kopernika). Natomiast są takie wynalazki,
które się rozkładają na każdego człowieka, a więc pismo, pieniądz, tego
każdy używa. Internet, to cały czas jakaś wymiana, jakaś komunikacja,
to jest rewelacja. To, żeby każdy, ze swojego domu (z Wólki
Przylubelskiej, jak ja to mówię) gdzie nie ma nic, nawet energii nie
musi być, tylko może być bateria, czy satelita, mógł komunikować się z
całym światem, to jest wielki fenomen.
Mimo wielu lat pracy naukowej na uczelniach amerykańskich, francuskich
i osiągniętej pozycji akademickiej zawsze bliska była Panu sprawa
edukacji wsi. Jakie jest tam miejsce dla Internetu?
Jestem za jak największym rozwojem Internetu na wsi, ale pod warunkiem, że ta edukacja nie będzie pod dyktatem Sillicon Valley,
jeśli to nie będzie taki czysty wirtualizm nałożony na wsie. Chodzi mi
o danie ludziom wsi możliwości współtworzenia. Samo narzędzie jest
neutralne, może być pięknie kształtowane. Ale niech jeden, czy dwa
ośrodki nie kształtują świata, nie mówią, jaka jest wizja szczęścia, co
powinniśmy robić. Nie, niech to pochodzi stamtąd. Niech mieszkańcy wsi
robią swoje strony internetowe. Co znaczy swoje? Niech wydobywają
treści, które są u nich, nie wirtualne, tylko z ich życia, z ich
bogactwa kulturowego. Bo jeśli uważają, że pewne rzeczy są dla nich
ważne, a tu im się próbuje co innego narzucać, to nie będzie dobra
edukacja. To musi być interaktywne, a nie przepływ treści tylko w jedną
stronę, z Sillicon Valley i Hollywood do wsi pod Łęczną.
A czy sądzi Pan, że Internet jest dobrą formą edukowania, czy ludzie w
Polsce dojrzeli już do tego? Przeprowadzał Pan już egzamin przez
telefon...
Tak, i za jakieś dwa tygodnie mam kolejny „telefoniczny”
egzamin doktorski na University of Minnesota w USA. Ja tutaj wiem, jaka
jest praca, przewodniczący przedstawi mi ludzi, którzy zasiadają w
amerykańskiej komisji. Musze przedstawić się, po głosie poznajemy się,
i jest normalna obrona. Potem przyjdą protokoły, będzie głosowanie, czy
zgadzam się na ocenę na podstawie tego co słyszałem.
Brałem udział także w telekonferencyjnej obronie magisterium dziewczyny
z Nowej Kaledonii. Wcześniej była na kursie we Francji, który
prowadziłem i byłem jednym z dwóch promotorów. Ona siedziała tam z kimś
z komisji, a my po drugiej stronie, w Nancy we Francji, czyli
widzieliśmy siebie nawzajem. Są i takie możliwości techniczne.
Mnie się wydaje tak, obserwując młode pokolenie moich dzieci i może
wasze, w wieku lat 30. Myślę, że to pokolenie jest już przygotowane do
tego, żeby tej formy używać. Druga rzecz to, czy lubimy, czy nie
lubimy, czy jesteśmy przygotowani, czy nie to i tak życie nas do tego
zmusza. Co znaczy, że zmusza? Jest taniej. Tańsza może być edukacja,
kiedy ktoś może mieć dostęp do Internetu w domu. To jest wygodniejsze.
Nie mam nic przeciwko temu, żeby Internet zastępował tradycyjne formy.
Howard Rheingold mówi, że komunikując się przez Internet jesteśmy
„Słowami Na Ekranie”. Przeżywamy renesans sztuki słowa? Czy możemy to i
tak interpretować?
Nie szedłbym tak daleko. Nie wiem czy to jest powrót do słowa, bo słowa
towarzyszyły człowiekowi cały czas i w komunikacie mówionym i pisanym.
A co do renesansu słowa, w szkole mówili nam „czytajcie”, ale mówili
„czytajcie literaturę piękną”, różną. Książki są obszerne, tam człowiek
wpisany jest w bogactwo świata. Tu mamy sygnał niezmiernie okrojony,
dotyczący tylko jakiejś rzeczy: przyślij mi to, spotkamy się tam.
W e- mailach to jest pewną konwencją, odpisuje się szybko, często niedbale...
Brzydki standard, na który ja się siłą inercji i zapewne
lenistwa godzę. Jako akademik chciałbym się przyznać do takiej rzeczy
niegodziwej. Sam sobie szukam usprawiedliwienia. Dla czego? Dla moich
błędów, bo to jest tylko e-mail. Szybko piszę, to nawet literówka
przejdzie czego w normalnym liście nie mógłbym nigdy zaakceptować. To
jest niedobre. Sam do tego doszedłem, (nie toleruję jedynie błędów
ortograficznych), że w Internecie mamy szybkość słowa kosztem
elegancji. Te wszystkie skróty uproszczenia, kiedy odpisuje na e-mail
lub go dostaję, nie podobają mi się. Mam pewien dyskomfort, ale to
akceptuję.
Skąd się bierze ta szybkość? Gdy otwieram pocztę i mam kilkanaście
nieprzeczytanych e-meili, to chcę odpowiedzieć, choćby jednym słowem,
lakonicznie (np. „tak” lub „nie” i w podpisie moje inicjały „ZZ”, np. w
korespondencji z moimi studentami). Ale komunikat taki jest nie do
końca osobisty, adresat nie wie czy ja go lubię, czy ja szanuję jego
wysiłek, że on się chce ze mną spotkać, aby coś przedyskutować. To jest
minus.
Czyli ktoś, kto przygodę z Internetem dopiero zaczyna i tej konwencji nie zna może poczuć pewien dyskomfort?
Tak, zwłaszcza, kiedy ludzie się jeszcze nie znają. Jeśli
kogoś się zna, jest się w bezpośredniej interakcji to można sobie
pozwolić na takie lakoniczne wypowiedzi. Bo te krótkie komunikaty i tak
dużo nam wnoszą. Kiedy się internauci poznają, to tu bym jednak
sugerował większą dbałość, tak jakbym to był pierwszy list. Żeby to
było przedstawienie się, żeby ten ktoś wiedział, kim ja jestem, z kim
ma do czynienia. Żeby się nie naciąć w tej szybkości. Nawiązujemy
kontakt, i może nawet dochodzi do romansu, albo kontraktu finansowego,
z kimś, kogo my nie znamy. Tutaj potrzeba większej dbałości, takie jest
moje wrażenie.
Ponadto myślę tak. Nasz umysł działa w ten sposób, że próbuje tworzyć
całe mapy, jakiś cały system, musi mieć jakąś całość. Przy skąpej
informacji internetowej musimy resztę dobudowywać, w tym dobudowaniu
istnieje prawdopodobieństwo pomyłki, o czym psychologia wie. Jesteśmy
skłonni, ze w względu na nasze lenistwo poznawcze, budować sobie image
stereotypowy. Nasz umysł z wielości różnych informacji wybiera pewne
skróty. Jest doskonały, żadna maszyna go tu nie zastąpi, ale są pewne
pułapki, może się dać złapać, kiedy ze względu na to swoje lenistwo
używamy wtedy jakiegoś obrazu, jakiegoś domknięcia, które nie odpowiada
drugiej stronie.
W komunikacji internetowej jest lakoniczność, umowa, że my się
rozumiemy, jest ekonomia czasu, która nie pozwala na wylewność. Nie
jesteśmy takimi duchami świętymi, że od razu tworzymy sobie względnie
adekwatny obraz innej osoby, niestety. Byłbym ostrożny.
A zatem powinniśmy próbować przełamywać to lenistwo poznawcze?
Nie, tego lenistwa nie da się przełamać. Przez
analogię do jednej z aktualnych spraw w USA. Pojawia się osoba, która
strzela do przypadkowych osób, my przypuszczamy, że to jest snajper,
dobrze doświadczony. I próbuje się tworzyć jego portret psychologiczny,
a to nie jest takie proste. Nie mamy takiego portretu, jaki to jest
człowiek, a gdy zostaje złapany okazuje się, że wielu psychologów się
myliło. Nie chcę tu podobieństwa wysuwać, mimo, że z tego okrojonego
sygnału, okrojonych porcji informacji, dobudowując resztę, możemy się
zawieść, zbudować błędny obraz rzeczywistości.
Gdy rozmawiamy przez Internet nic nie wiemy np. o morale, postawach,
preferencjach naszego rozmówcy. Nawet nie godzi się pytać, podczas gdy
w interakcji bezpośredniej to się da wyczuć. Gdy powiemy coś o swojej
religijności, albo swojej moralności to widzimy po reakcji słuchacza,
po tym, jak na nas patrzy, czy jest z naszej grupy, czy nie. A przez
Internet będziemy pytać „czy Pan jest niemoralny”. Brzmi to
niezgrabnie.
Ale ja mogę udawać, grać, znać np. język ciała, świadomie wprowadzać w błąd...
Życie nie jest takie łatwe, ale w realnym życiu są większe
szanse na odkrycie pewnej prawdy psychologicznej. Natomiast w
Internecie chyba jednak jest to o wiele trudniejsze.
Jeśli dokonam porównania tego sposobu komunikowania i używania
Internetu to drugi jest szybki i efektywny, ale jest ograniczony. Kiedy
nauczyciel mówi (mówię o sobie samym), kiedy ma audytorium to pewnych
rzeczy się dowiaduje z samych reakcji słuchaczy gdzie mogą nic nie
mówić. Tutaj nie ma tych komunikatów, ktoś musi wyraźnie powiedzieć,
żebym się o tym dowiedział. W normalnej interakcji mamy większe
bogactwo, które też przyśpiesza proces pełnej komunikacji.
Komunikacja przez Internet jest więc uboższa od tej naturalnej?
Tak, bo jest jeden środek, jest bardzo suchy, ma jeden
moduł przekazania informacji dotyczących różnych treści, aspektów.
Jeśli chodzi o nasze emocje, uczucia nam nie trzeba mówić, my wiemy,
intuicyjnie, wyczuwamy to. A internauta musi powiedzieć np. „nie
zrozumiałem tego, co dokładnie miał pan na myśli”.
W naszej komunikacji pewnych komunikatów nie trzeba opowiadać, nie
potrzeba używać słów żeby to było jasne, a tutaj wszystko musi się
przekładać na słowo. Wszystko, chyba, że będą jakieś obrazki, żeby
wybierać, że mam twarz smutną czy inną. Są takie próby, żeby wzbogacić
język internauty, ale to nie to samo.
Czy emocje w związku z ekspansją Internetu wymagają już
pewnego przedefiniowania? Na przykład zazdrość, zaufanie i inne: w
życiu realnym a wirtualnym?
Widzę tu dwa takie pokłady, jeżeli Internet będzie się
dalej tak intensywnie rozwijał to podejrzewam, że inżynierowie, czyli
krótko Sillicon Valley
znajdą się w ścisłej współpracy np. z psychologami. Będą starali się
rozwinąć ten system, te moduły, albo modalności jakościowego
komunikowania przez Internet, to, o czym mówimy, żeby jak najbardziej
naśladować taką normalną interakcję ludzi, czyli bezpośrednią rozmowę.
Czy to możliwe?
Nie wiem, ale jestem fantastą i myślę, że można. Jeżeli
będzie obraz, będziemy się obserwowali to już będzie dużo. Kiedy będzie
kamera i będziemy widzieć swoją twarz, zbliżymy się do bezpośredniej
rozmowy.
Tzw. webcam można już nawet za 100 złotych kupić...
Technicznie jest już to możliwe i oczywiście będzie coraz bardziej
popularne... Rzecz druga to kwestia, jakiego rodzaju emocje wywołuje
się, albo zagłusza w takim sposobie komunikacji. Jedną z nich można
wskazać, chociaż badań jest ciągle mało, to jest pewne poczucie
niepewności co do wzajemnych emocji, niewiedza. A my chcemy wiedzieć.
Gdy siedzimy w autobusie, żeby mieć pewną czytelność sytuacji
emocjonalnej, to się odwracamy, patrzymy na ludzi, zaglądamy im w oczy,
szukamy jakiegoś komunikatu poza słowami. Na ekranie tego brak, po
prostu to nie wystarcza, a taki do tej pory jest Internet.
Internet też pozwala ”otworzyć” różne emocje. Ludzie za pomocą
Internetu potrafią ujawnić takie rzeczy, które w bardziej
upublicznionej czy w innej formie komunikacji mogą być skrywane. To
jest też taka forma komunikacji, która dodaje ludziom odwagi, żeby
próbować coś załatwiać, uzyskiwać, a jednocześnie komunikuje o
przeżywanych emocjach.
A jeżeli skrywanie emocji to jakich?
W bezpośredniej interakcji ma miejsce skrywanie takich, których nie
chcemy upubliczniać, które są, wstydliwe, kłopotliwe, mogą też być
agresywne. W jakiejś gazecie, chyba J. Urban cytuje, jakie rzeczy
ludzie piszą na papieża w sms-ach, albo na biskupa, czy na ministra,
czy na inną osobę publiczną. Ta forma komunikacji może wyzwalać więcej
niekontrolowanych emocji, także agresji bluzgania, wręcz bluźnierstwa,
które w innych sytuacjach publicznych mogłyby być hamowane. Internet
jak gdyby zwalniał z cenzurowania wielu emocji i odczuć nieaprobowanych
społecznie. Brak bezpośrednich społecznych buforów.
A to, dlatego, że czujemy się bezkarni?
Tak, bezkarni, bez kontroli. Tu nie mamy bezpośrednich
sprzężeń zwrotnych. Jeżeli ja bym pana czymkolwiek tutaj obraził, albo
mówił takim językiem, że czułbym z pana twarzy niezadowolenie używając
jakiś słów, to pan by przerwał wywiad i powiedział, że nie chce
rozmawiać. Mam informacje zwrotną i do niej trzeba się dostosować.
W Internecie jawi się jakaś nowa jakość słowa, jakiej jeszcze nie było.
Nie wiemy, jaki ten mechanizm jest. Bo tak nie było do tej pory. Listy
czytaliśmy wiele razy, grafolodzy sprawdzali charakter pisma. W
Internecie coś mówimy, nie biorąc za to tak dużej odpowiedzialności jak
w sytuacjach realnych.
Jak z naszymi zabawami z tożsamością? Możemy być kimś innym, płeć „zmieniać” w Internecie...
Myślę, że to jest nadużywanie pojęcia „tożsamość”. Tu
przyjmuje się tylko pewne role. W tym sensie, że ja się przedstawiam,
iż jestem supermanem. Czy to już jest tożsamość, trudno mi powiedzieć.
Ale Amerykanie zajmujący się teorią Internetu mówią, identity...
Ja myślę, że to jest przesada. Pańskie pytanie nasunęło mi takie
skojarzenie. Tożsamość mojego pokolenia kształtowała się gdzieś tam
wśród lasów, zagajników, wyprawach na rowerze.
Jesteśmy do tego przywiązani w takim samym stopniu jak czuję szacunek,
zachwyt wobec nowych wynalazków, technologii. Czujemy się związani z
tym, co nas kształtuje, jakie wartości, jakie doświadczenia nas
zbudowały. To były doświadczenia z czynienia czegoś, tworzenia,
robienia. Człowiek sam coś musiał zrobić, musiał sam się nauczyć
pływać, zrobić fujarkę.
Obecne pokolenie jest wychowywane na wirtualnej rzeczywistości.
Pokolenie, które gra, ale gra na ekranie. Chociaż musimy poczekać, żeby
zobaczyć, jaka ta tożsamość będzie, gdy pięcioletni użytkownik
Internetu będzie miał lat 20 czy 30.
Czy będziemy wtedy mieli szanse, aby na Internet spojrzeć z dystansu, poczynić pewne pokoleniowe porównania?
Wtedy już nie. Teraz może jeszcze mamy dystans. Nasze
pokolenie ma szanse czynić pewne badania porównawcze. Potem wszystko
się zagubi. Doświadczenie wirtualne wejdzie tak głęboko do naszych
umysłów. To będzie nasza tożsamość.
Mój najmłodszy syn używa różnych tricków,
żeby dostać się do komputera i Internetu. Nie mam nic przeciwko, żeby
on się dowiedział czegoś o Egipcjanach z gry komputerowej. Ale jeżeli
to jest jakieś konstruowanie np. domu, to on nie partycypuje w
rzeczywistości. On tego nie robi faktycznie. To nowa jakość. Ponieważ
tożsamość nabudowuje się, nabiera takiego sensu stricte znaczenia, to musimy trochę poczekać.
Panie Profesorze, czy Internet mógłby być już przedmiotem, odrębną dyscypliną naukową, jakąś np. internetologią?
Myślę, że tak, ale o charakterze interdyscyplinarnym. I ja tu widzę
wiele różnych dziedzin naukowych w to zaangażowanych. To jest fenomen
tak duży, że nic nie stoi na przeszkodzie.
A jak z problemem własności intelektualnej w Internecie?
Trochę czytałem na temat prawa do własności, dość dobrze opracowanego
już przez Rzymian, ale one dotyczyły z reguły rzeczy, czyli czegoś
namacalnego. Czyli jak ja mam jakąś własność to pan jej nie ma, np.
pistolet, czy jakiś bagnet. Jeżeli chodzi o własność intelektualną,
która była do tej pory np. w formie książki. Aby ją mieć, trzeba ją
kupić. To jest jakoś kontrolowane. Mamy jakąś pieczę nad tym,
decydujemy, że więcej egzemplarzy nie chcemy wydawać.
Natomiast tu mamy nową rzecz, którą trzeba będzie prawdopodobnie na
nowo definiować nie tylko prawnie, ale także psychologicznie.
Pojęcie własności, na ile coś jest własne. Ktoś ma pomysł, potem
sprzedaje np. program komputerowy i musi zgodzić się z tym, że staje
się on dobrem wspólnym. Co to znaczy dobrem wspólnym? Ktoś go używa,
włada nad nim, może włączyć, wyłączyć, robić jakieś modyfikacje. Może
należy kształcić, czy formować tych, którzy tworzą dobra dla Internetu.
One nabierają statusu dobra wspólnego, a to już jest problem bardzo
złożony. Tu będą jeszcze różne modyfikacje, ale postrzegam to jako
proces ciągły, bowiem nigdy nie da się wypracować stałych norm.
Jeżeli chodzi o odwołanie się do rzeczy namacalnych, będą
rzeczy tworzone i kradzione. Trzeba zacząć od redefinicji dóbr
wspólnych, nie tylko przez prawników, ale także w rozumieniu
społecznym. Jeśli ktoś włożył w coś wysiłek, zapłacono mu za to, ale ta
własność indywidualna staje się jednocześnie dobrem wspólnym.
Kwalifikacje prawne nie będą może już takie ostre.
Nie ma takiej możliwości żeby takie prawo własności egzekwować,
moralnie może tak, ale fizycznie nie da się. Raczej byłbym za tym, żeby
się cieszyć z tego dobrobytu, jaki mamy.
Boom Internetowy w Polsce nałożył się na przyspieszenie cywilizacyjne,
kulturowe, polityczne, jakie przeżyliśmy po 1989 roku. Derick de
Kerchove twierdzi, że takie nagłe, niekonktrolowane przyśpieszenie bywa
tragiczne w skutkach. Czy te aż dwie istotne rewolucje to nie za duży
szok?
Nie wiem czy to nazywać szokiem, raczej może wyzwaniem.
Najpierw trzeba określić te zmiany polityczne. Przed 1989 rokiem, w
czasach kontroli, o pewnych rzeczach obywatel nie mógł wiedzieć, bo
była blokada informacyjna. A teraz przechodzimy do demokracji, gdzie
wolno wiedzieć. To, że kiedyś w Katyniu mordowali, nie naziści, tylko
nasi „przyjaciele”, za taką czy inną wiedzę wielu moich kolegów
siedziało w więzieniu. Może być szokiem dla tych, którzy żyli w takiej
ograniczonej wiedzy o tym jaki jest naprawdę świat. Natomiast w
przypadku młodszego pokolenia te dwie rewolucje współgrały. Internet
był otwarciem jeszcze szerszego okna, niż to, co dał 1989 rok. Kanał
pokazujący jaki jest świat, jaki jest możliwy. Wirtualne przejście z
tamtej mizerii do lepszego świata, widzę jako dobry zbieg okoliczności.
Kanał komunikacji, który pomagał szybciej wyjść z cenzury, jeśli nawet
nie wszystko da się nadrobić.
To skoro o cenzurze mowa, jak z cenzurą w Internecie?
Pamiętam naszą cenzurę, wyobrażam sobie cenzurę w Iraku, w
Chinach gdzie Internet nie jest mile widziany. Widzę jaki jest rodzaj
cenzury w demokracjach. W Stanach, w Anglii cenzury jako takiej nie ma
z urzędu, ale są ludzie, którzy ocen dokonują. Jeżeli w Internecie
pewnych zasad nie będzie, to bardzo niedobrze.
Reguły społeczne mówią, co komu wolno. W wolnych krajach zawsze można
było kupić pornografię, ale nie każdy z tego korzystał. Natomiast w
Internecie jest taka łatwość, każdy jest tym bombardowany, nawet jak
nie chce to i tak jest na nią wystawiany.
Zjawisko groźne, kiedy w pewnym okresie życia, dojrzewania,
kształtowania osobowości już się ładuje wszystko bez krytycyzmu, co
jest dobre, co jest złe, co wartościowe, co bezużyteczne. Zanim dzieci
poznają kryteria oceny już mają cały pokarm. I modelują się na tych
dużych, na tych dorosłych. Kiedy siadają do ekranu ludzie, którzy nie
mają ukształtowanego porządku świata mogą mieć trudność w ocenie tego,
co jest „czarne” a co „białe”.
Cenzura? Na pewno jakieś reguły czytelności, rozgraniczenia dobra od zła.
Poza tym, jako psycholog, jako uczestnik kultury, uważam, że kwestia
wartości jest kardynalna. Wartości są może jedynym z takich
konstruktywnych regulatorów naszego postępowania, które nie wymagają
nadzoru superwizji. Jeżeli ze względu na jakąś wartość ja pomagam innym
to dobrze, ale jeżeli tylko dlatego, że nam nakazują, bo się boimy, bo
nas zaaresztują to już jest źle. Jeżeli nie karcę innego, bo prawo mnie
nie wykryje to już przepadłem. Prawo, nakazy tego nie załatwią. Trzeba
autocenzury opartej na wartościach.
Panie Profesorze, a osobowość człowieka regularnie surfującego w Internecie zmienia się?
Jeżeli chodzi o wzbogacanie informacyjne to powiedziałbym, że pokolenie
Internetu ma większe szanse na bogacenie własnej osobowości. Można w
krótkim czasie zrobić więcej. To nie ulega wątpliwości. Natomiast,
jeżeli chodzi o kształtowanie osobowości społecznej, takiej dzięki
której człowiek funkcjonuje w życiu realnym z innymi ludźmi w tramwaju,
w sklepie, ze swoją własna żoną, ze swoim braciszkiem, tu może być
pewne zubożenie.
Dlaczego?
Bo zbyt mało czasu się inwestuje w doświadczania w realnym życiu. Nie
jest tak, że człowiek najpierw się czegoś nauczy, a potem robi -
Arystoteles mówił, że robiąc uczymy się. Czyniąc będąc w pewnych
interakcjach, popełniając błędy, dokonując tego czy tamtego, kształtuje
swoją osobowość społeczną. Osobowość internetowa może być odrobinę
inna. Niedużo, bo natura człowieka nie zmienia się tak totalnie. Ja
wierzę w pewną mądrość natury. Mimo, że pewien nowy silny element
wejdzie, to obrona spójności i integracji będzie podtrzymywana.
Organizm jest odporny, będzie sam się bronił.
Słyszałem, że jakiś Koreańczyk zmarł w kawiarence internetowej, bo był
tam bez przerwy przez ponad 80 godzin. Jest to jeden z przypadków
uzależnienia się, ale nie przemawia jeszcze za tendencją do głębokich
zmian osobowości wszystkich użytkowników Internetu.
Wspomniał Pan Profesor o swoim synu, bardzo młodym chłopcu. Czy
wracając do tego wątku może Pan dokonać jakiejś analogii pokoleniowej?
To jeszcze dzieciak, ale wkrótce tacy jak on będą decydowali, o tym,
jaki jest nasz świat...
Powtórzę się, że młode pokolenie będzie kształcone na
Internecie. Zalety widzę ogromne. Jako kanał informacyjny, jako kanał
korespondencji między wielkimi nauczycielami, czy guru, czy
specjalistami, krótko, nauczycielami różnego kalibru.
Jeśli chodzi o źródło informacji to mają tę przewagę. Fakt, że mój syn,
który ma 13 lat, może nawet o wiele więcej wiedzieć niż ja, w pewnych
kwestiach, bardzo mnie cieszy. Za 10 – 20 lat pokolenie może być
znacznie bardziej doinformowane. To jest źródło wiedzy, wiedza pozwala
odnaleźć się, zakotwiczyć się w świecie. Jeśli nie dojdzie z tego
powodu do zubożenia społecznego, warto dobrze mu wróżyć.
Ale jak odróżnić treści bezwartościowe od cennych informacji?
Potrzeba krytycyzmu, dystansu, refleksji i odniesienia do innych
źródeł. Dojrzałości aby nie zatracić się przez siedzenie w takim
monolicie. Poza Internetem i za pomocą niego należy uczyć rozgraniczać
na treści wartościowe od tych, które są pozbawione znaczenia. My mówimy
dużo o informacjach, ale to jest niemożliwe, aby ktoś czerpał tylko
informacje. Internauta szuka też informacji czy „sytuacji
internetowych”, które go emocjonalnie pobudzają, bo organizm domaga się
tego. Osobiście jeśli ja mam szukać tych bodźców na ekranie, to wolę w
życiu. Jeśli mam patrzeć, jak na ekranie się biją, całują czy bawią to
wolę się bawić naprawdę. W tym aspekcie ekran do tej pory przegrywa z
życiem.
Czyli to pokolenie może być jednak emocjonalnie zubożone?
Może nie zubożone par excellence, ale może mieć inną strukturę emocji. Pewne emocje mogą być bardziej wyolbrzymione, kosztem innych.
Rozmowę przeprowadził Andrzej Mańka (www.manka.e-marketing.pl), wspolpraca
Agata Błachnio (e-mail: gatta@kul.lublin.pl
).
Jest to pierwsza rozmowa z cyklu pt. "Spokojnie, to tylko Internet", który
jest dostępny także na stronach www.e-marketing.pl
|  |
|
|  |