tłumaczenie Mateusz Halawa
Mówi się często, że pod wpływem nowych technologii ponowoczesności,
przychodzi nam żyć w świecie coraz bardziej pozbawionym granic. Ten
“nowy świat”, jak się często podkreśla, charakteryzuje bezprecedensowa
intensywność mobilności i migracji oraz doświadczenie skurczenia się
czasu i przestrzeni (time-space compression), spowodowane wzrostem szybkości porozumiewania się i przemieszczania. To świat złożonych krajobrazów medialnych (mediascapes), takich jak ten, który opisuje Arjun Appadurai: tureccy
robotnicy oglądają tureckie filmy w swoich niemieckich mieszkaniach a
pakistańscy taksówkarze w Chicago słuchają nagrań z meczetów Iranu. Wydaje się, że żyjemy w świecie określonym przez nomadyczne i płynne formy mobilnej podmiotowości (mobile subjectivity).
Porowate narody, porowate Domy
Efekty takiego stanu rzeczy istnieją zarówno na makro-, jak i
mikropoziomie: możemy rozważać rolę telewizji satelitarnej czy
Internetu w rozrywaniu elektronicznych granic narodu, ale i wpływ
nowych technologii na przekroczenie granicy istniejącej dotychczas
wokół Domu. [Dużą literą wyróżniam w tekście użycie słowa home,
rozumianego jako “miejsce, region lub państwo, do którego się
przynależy, gdzie znajduje się schronienie, odpoczynek lub satysfakcję”
(Oxford English Dictionary), w odróżnieniu od pozbawionego pozytywnego
kontekstu społecznego słowa house. Przyp. tłum.]. Wskutek
tych procesów tak narody, jak i Domy stają się bardziej “porowate”,
nieciągłe w swoich granicach; łatwiej im połączyć się z tym, co jest
gdzie indziej, łatwiej poddać się wpływom z zewnątrz. Oczywiście, te
destabilizujące siły wytworzyły nie tylko rozmaite formy kulturalnej
paniki z powodu zakłócenia tradycyjnej tożsamości, ale i mnogość
odpowiedzi obronnych (defensive responses) zaprojektowanych, by kontrolować te niepokojące konsekwencje kulturowe.
Nie tak dawno temu na przykład, rząd irański usiłował zakazać
używania anten satelitarnych jako rzekomo odpowiedzialnych za
wtargnięcie do islamskiego kraju niepożądanych treści zepsutego
Zachodu. W tym samym czasie mer Courcouronnes, biednej dzielnicy Paryża
zamieszkanej głównie przez arabskich imigrantów, próbował zrobić to
samo, argumentując, że zawieszone na kamienicach anteny to w istocie
symbol “zdrady kulturowej”, pozwalającej mieszkańcom geograficznego
terytorium Francji, jednocześnie zamieszkiwać świat Wirtualnego Islamu.
Wiele rządów (zwłaszcza w Azji Południowo-Wschodniej) usiłuje
kontrolować dostęp obywateli do “niebezpiecznych” informacji w
Internecie, tak samo jak – na mikropoziomie – wielu zaniepokojonych
rodziców dostrzega potrzebę kontroli dostępu swoich dzieci do
“niewłaściwych” treści, mogących pojawić się na ekranie w pokoju
dziecinnym. (Notabene, stosunki władzy między pokoleniami przybierają
dziwne formy w czasach szybkich zmian technologicznych: gdy młodzi
ludzie są większymi ekspertami niż ich rodzice, ci ostatni okazują się
jakby “imigrantami”, zależnymi od swoich dzieci jak od tłumaczy.)
Wszystkie te przykłady rodzą jeden problem – jak utrzymać
kontrolę nad “porowatymi” granicami, wobec potencjału nowych
technologii, zwiększających naszą łączliwość (connectivity).
Oczywiście, przynajmniej na makropoziomie, rzecz jest bardziej
złożona. Możemy dostrzegać potrzebę obrony rdzennych kultur małych i
relatywnie słabych narodów przed siłami globalizacji, jednak będzie nam
niezwykle trudno zdefiniować słowo “rdzenny”, nie wikłając się w
argumenty esencjonalistyczne, dostrzegając zaś we wszystkich kulturach
narodowych historyczną tendencję do asymilowania elementów innych
kultur. Co więcej – by sięgnąć po przykład z mojego regionu – ktoś
broniący tradycyjnych form tego, co jest znane jako “kultura
brytyjska”, napotka szybko następujący problem: dla każdego spoza
metropolitalnych białych klas wyższych południowej Anglii, ta kultura
może nie być obiektem identyfikacji, w odróżnieniu od jakiejś innej
formy regionalnej, klasowej czy etnicznej kultury, również istniejącej
w Wielkiej Brytanii, ale niekoniecznie uważanej za część “kultury
brytyjskiej”.
Polityka odmiejscowienia
Przyjęło się dziś uważać, że sieci komunikacji elektronicznej, w
których żyjemy, przekształcają nasze pojęcie lokalności i wspólnoty. W
tym kontekście postulowano stworzenie polityki odmiejscowienia (politics of dislocation) zajmującej się nowymi sensami “przynależenia”, które pojawiają się wokół nas.
Pod naporem nowych technologii i globalnych prądów kulturowych, Dom
nie tworzy już zamkniętej przestrzeni (jak w tradycyjnym zwrocie “dom
prywatny”), lecz jest raczej, jak wskazuje Zygmunt Bauman, miejscem
coraz bardziej fantasmagorycznym – elektroniczne środki komunikowania
pozwalają temu, co odległe (realm of the far) wedrzeć się do tego, co bliskie (realm of the near). Można więc powiedzieć, że media wytwarzają efekt udomowienia miejsc nam niedostępnych (domestification of elsewhere).
Gdy niedawno mój znajomy mieszkający w małej wiosce w centralnej
Ameryce przywiózł do Londynu swoją dwunastoletnią córkę, która
wcześniej praktycznie nie wyjeżdżała z wioski, miasto okazało się być
dla niej “znajome”, dzięki hollywoodzkiemu kinu, obecnemu w
najmniejszej nawet miejscowości dzięki kasetom video. Choć widziała
wszystkie atrakcje turystyczne już wcześniej, jej prawdziwe
doświadczenie wielkości i natury miasta było zupełnie inne; Londyn był
dla niej całkowicie “znajomy”, a jednak zupełnie obcy i trudno jej było
pogodzić się z tą sprzecznością.
Media dostarczają nam poczucia “globalnej znajomości z drugiej
ręki” i odpowiedniego zestawu “emocji z drugiej ręki”. Powinniśmy
jednak pamiętać, że z jakkolwiek rozległym światem przedstawionym
widzowie mieli do czynienia, ich horyzonty działania, jak i rzeczywiste
doświadczenia geograficznej mobilności mogą być bardzo ograniczone. Tak
więc globalne formy kultury nadal będę odczytywane w kontekście tego,
co dla wielu ludzi, jest wciąż bardzo lokalną formą życia.
Ku teorii bez-miejsca
W dzisiejszym wykładzie zajmuje się problemami tożsamości (z punktu
widzenia tego jak rozumiemy ideę Domu) i problemami technologii (z
punktu widzenia tego, jak możemy rozumieć proces jej udomowienia). Będę
mówił o telewizji, przez lata podstawowym obiekcie badań nad mediami,
ale, w czasach konwergencji mediów, umieszczę ją w szerszym kontekście
znaczenia szeregu innych technologii komunikowania. Co więcej, spróbuję
uniknąć technologicznego determinizmu, który doprowadziłby nas do
wniosku, że “wszystkie te maszyny” mają bezpośredni na nas wpływ,
niezależnie od tego jak ich używamy i postrzegamy ich rolę.
Rozważając te kwestie, chciałbym powrócić do koncepcji mobilnej prywatyzacji (mobile privatisation) Raymonda Williamsa, jako sposobu na opisanie stylów życia mieszkańców zmediatyzowanych przedmieść (mediated suburbia).
Dla Williamsa mobilna prywatyzacja oferuje podwójną satysfakcję:
pozwala zostać w Domu, w sferze ontologicznego bezpieczeństwa, i
jednocześnie podróżować (w wyobraźni lub “wirtualnie” dzięki mediom) do
miejsc o których odwiedzeniu poprzednie pokolenia mogły tylko śnić.
Według Lynn Spigel, na genealogię idei Domu w świecie mediów (a
przynajmniej w powojennej Ameryce Północnej) składały się trzy główne
fazy. Pierwsza opierała się na modelu “teatru domowego” i idei
dostępności – bezpieczni w rodzinnym kręgu domowej kultury widzowie
otrzymywali erzac poczucia uczestnictwa w życiu publicznym. Tę właśnie
fazę opisuje model mobilnej prywatyzacji Williamsa. Z rosnącą w latach
60. w USA popularnością przenośnych telewizorów, zaprojektowanych by
sprostać wymaganiom bardziej aktywnej publiczności “ludzi w ruchu”,
nastąpiła druga faza: przejście od mobilnej prywatyzacji do
sprywatyzowanej mobilności (privatised mobility). Ostatnią, trzecią fazę tworzy model w pełni elektronicznego domu inteligentnego (smart house).
Jego świadoma przestrzeń tak znacząco przenika granicę prywatnego i
publicznego, że wychodzenie gdziekolwiek staje się zupełnie
niepotrzebne. W swojej elektronicznej formie Dom staje się, w słowach
Virillio, ostatnim medium (last vehicle): komfort,
bezpieczeństwo i stabilność mogą doskonale współistnieć z możliwością
natychmiastowego elektronicznego “lotu” gdzie indziej.
“Nowe technologie”
Zanim przejdę dalej, kilka słów poświęcę “nowym technologiom”,
które są dziś tematem ożywionych dyskusji. Technologie te mają kluczowe
znaczenie dla rozwoju współczesnego świata, jednak dobrze byłoby – jak
stwierdził kiedyś szwedzki antropolog Ulf Hannerz – poświęcić ich
prawdziwej roli trochę uwagi pozbawionej ekscytacji.
Jeden z kluczowych problemów leży w sposobie, w jaki
charakteryzujemy te “interaktywne” technologie, tworząc
niewypowiedziany kontrast między nimi a “starszymi” mediami, takimi jak
tradycyjna telewizja. Rozmawiałem niedawno z młodą specjalistką od
“mediów interaktywnych”, która dość bezmyślnie określiła ten “stary”
świat – a więc w domyśle i zamieszkujące go publiczności (audiences)
– jako świat “polegujących” mediów. (Było to oczywiście nowe określenie
dla starej wizji publiczności telewizyjnej jako bezwolnej masy
“siedzących kartofli”, couch potatoes). Rutynowo zakładała ona,
że znaczenie nowych, “interaktywnych” mediów, polega na tym, że ich
widzowie-uczestnicy siedzą aktywnie robiąc ważne rzeczy, a nie
“polegują”.
Tymczasem jest mnóstwo dowodów, że tradycyjne publiczności
telewizyjne nie są wcale tak bierne. Z drugiej strony, formy aktywności
angażujące użytkowników “interaktywnych” mediów, są często dość
trywialne – jak naciskanie klawiszy pilota czy wybieranie za pomocą
myszki jednego z elementów z góry zdeterminowanego przez medium “menu”.
(W odniesieniu do argumentu, że pilot daje widzowi władzę, a nie tylko
łatwość zmieniania kanałów, Ien Ang dowodziła kiedyś, że nie powinno
się mylić władzy z aktywnością; czym innym jest wybieranie spośród
propozycji umieszczonych w “menu”, czym innym zaś realna kontrola nad
kształtowaniem tego “menu”). Zaś co do twierdzenia że zapewniany przez
“nowe” media dostęp do sfery wirtualnej przyczynia się do tworzenia
nowych sposobów eksploatacji coraz szerszych i ciekawszych światów
kulturowych i społecznych – łatwo udowodnić, że ludzie często traktują
przestrzeń wirtualną nie jako przestrzeń eksploracji a jako przestrzeń
wycofania, gdzie wchodzą w interakcje jedynie z podobnymi sobie
obywatelami sieci (netizens) w ulubionych chat-roomach.
O (szeroko reklamowanej) śmierci geografii
Nowe elektroniczne technologie były między innymi przedstawiane
jako obwieszczające ostateczną śmierć geografii. Jednym z uderzających
zjawisk są tu na przykład call-centres, telefoniczne biura
obsługi klienta lokowane przez brytyjskie firmy w... Indiach, ze
względu na tanią siłę roboczą i wysoki poziom znajomości angielskiego w
kraju. Pracownicy tych biur są dokładnie szkoleni w “wirtualnej
brytyjskości”, którą prezentują przez telefon: dla wygody dzwoniących
żyją w czasie brytyjskim, są na bieżąco z lokalnymi (brytyjskimi)
wiadomościami, operami mydlanymi i pogodą, by lepiej wciągnąć klientów
w pogawędkę o “lokalnych” sprawach i ukryć różnicę kulturową między
dwoma miejscami geograficznymi.
Jednak mimo tak udanych dysymulacji (dissimulations), nawet
cyberprzestrzeń ma wciąż bardzo rzeczywistą geografię. Jak pokazały
badania przeprowadzone w ramach kopenhaskiego projektu “Globalised
Society”, pytanie “gdzie jesteś?” jest wciąż jednym z częściej
zadawanych w internetowych chat-roomach, podobnie jak pytanie
“gdzie mieszkasz?”. Sugeruje to ciągłą chęć ponownego umiejscawiania
niejasnej lokalizacji internetowych światów .
Kopenhascy badacze znaleźli też wiele przykładów zjawiska, które
nazwali “założeniem o Ameryce jako miejscu i kulturze sieci”, tak więc
w efekcie Ameryka (i w istocie amerykański czas) wciąż jest horyzontem
percepcyjnym rzeczywistości on-line. Często twierdzi się, że
pojawienie się “nowych mediów” oznacza, że żyjemy (kimkolwiek byliby
owi “my”) w uogólnionym gdzie-indziej (generalised elsewhere,
termin Joshui Meyrowitza), nie mamy korzeni ani pochodzenia – jedynie,
jak pisał Wark, anteny i terminale. Ja jednak chcę podkreślić, że mimo
wszystkich tych ważnych zmian technologicznych, nadal przecież
zamieszkujemy określone geograficznie miejsca, co ma swoje rzeczywiste
konsekwencje w naszych możliwościach działania i zdobywania wiedzy.
Cyberprzestrzeń sama w sobie ma materialną geografię – jak w
przypadku względnej gęstości połączeń internetowych na kilometr
kwadratowy w różnych rejonach świata – która odzwierciedla oczywiście
ustalone struktury władzy. Nasz dostęp do cyberprzestrzeni (łączliwość)
w dużej zależy od naszego miejsca w przestrzeni realnej. Na tej
podstawie brytyjska geografka Doreen Massey proponuje badanie tych
relacji w kategoriach tego, co nazywa geometrią władzy (power-geometry).
Sny o przyszłości albo zmediatyzowane historie
Zwrócę się teraz ku problemom futurologii. Wizje tego, jak
techniczne udoskonalenia w komunikowaniu, od telegrafu przez telefon do
Internetu, doprowadzą do “lepszego zrozumienia”, mają długą historię.
Należy pamiętać, że telegraf, czy “wiktoriański Internet”, jak go
ostatnio nazwano [por. T. Standage, The Victorian Internet: The Remarkable Story of the Telegraph and the Nineteenth Century's On-Line Pioneers,
Berkeley Pub Group 1999. przyp. tłum.], z tego właśnie powodu miał
zapowiadać erę pokoju na świecie! Takie utopijne wizje mylnie łączą
postęp technologiczny ze wzrostem zrozumienia między ludźmi; można
uznać je za rodzaj nostalgicznego patrzenia wstecz, poszukiwania
technologicznych remediów na stratę idealizowanych wspólnot
nieodżałowanego Złotego Wieku. Żeby uniknąć tu podwójnego zagrożenia:
utopią i nostalgią, potrzebujemy sposobu na umiejscowienie tych
poglądów w perspektywie historycznej. Prowadzi nas to do problemu
periodyzacji.
Jedną ze wskazówek może być dla nas czynione w sferze telewizji przez Johna Ellisa rozróżnienie na: czasy niedoboru (age of scarcity), czasy dostępności (age of availability) i obecne, przynajmniej w rozwiniętych społeczeństwach Zachodu, czasy obfitości i niepewności (age of plenty and uncertainty),
środowiska wielu kanałów telewizyjnych, pilotów, magnetowidów
przesuwających przekazy w czasie i sfragmentaryzowanej publiczności.
Tim O’Sullivan w Wielkiej Brytanii i Shunya Yoshimi w Japonii,
śledzili symboliczną rolę, jaką pełniło kupienie telewizora w rozwoju
powojennej kultury konsumpcyjnej. Yoshimi wskazuje na znaczenie
telewizora, pralki i lodówki jako “Trzech Świętych Obiektów” w
repertuarze symbolicznym japońskiej kultury konsumpcyjnej lat
pięćdziesiątych; O’Sullivan cytuje jednego ze swoich respondentów,
wskazującego, że w tych czasach jeżeli w czyimś domu był i samochód, i telewizor, mogłeś powiedzieć: rzeczywiście im się udało.
(By sięgnąć po przykład bardziej nam bliski, możemy rozważyć bardzo
zróżnicowane znaczenie obecności anten satelitarnych w różnych
miejscach – w niektórych kontekstach mogą być one symbolem
“kosmopolityzmu”, w innych – znakiem niskich gustów kulturowych
właściciela).
Dynamika towarzysząca wejściu telewizji i innych mediów do Domu,
jest, jak wiemy, bardzo skomplikowana. Jeżeli, jak twierdził Roland
Barthes, telewizja skazuje nas na rodzinę, mamy do czynienia ze
złożoną symbiozą: tak jak telewizja i inne media dopasowały się do
okoliczności domowej konsumpcji, tak arena domowa została równocześnie
dostosowana do wymagań mediów.
Nawet najnowsze technologie mogą zawsze zostać “udomowione” tak, by
służyć najbardziej tradycyjnym celom. Najpopularniejsza obecnie strona
internetowa w Zjednoczonym Królestwie, “Friends Unlimited”
(“Przyjaciele Bez Granic”), pozwala użytkownikom odnaleźć szkolnych
kolegów i koleżanki, z którymi stracili kontakt [takie strony istnieją
też w Polsce, choć są dalece mniej popularne. por. http://www.szkolnelata.pl
– przyp. tłum.]; kolejnym przykładem mogą być strony zakładane przez
tureckich imigrantów ułatwiające zawieranie tradycyjnych małżeństw,
według umowy rodziców państwa młodych, nie zaś ich samych.
Wyraźnie widać więc, że koncepcja statycznej sfery “tradycji”
przekształcanej przez nowe technologie, nie jest nam pomocna. Tym,
czego nam potrzeba, jest koncepcja dynamicznych tradycji, które
rozwijając się, włączają w swój obręb nowe technologie. Niemiecki
etnolog, Herman Bausinger, jest jak najdalszy od wyobrażania sobie że
wkroczyliśmy w jakiś nowy okres; przeciwnie – słusznie stwierdza, że w
świecie nowych technologii kultura ludowa (folk culture) żyje i ma się dobrze.
Udomowienie telewizji
Moim głównym obiektem zainteresowania są wobec tego “intymne
historie” życia z medium takim jak telewizja. Historie te, jak
opisywała je Maud Lavin, to historie tego jak telewizor był
stopniowo włączany w przestrzeń Domu i jak projektujemy nasze
przestrzenie, zwyczaje, a nawet emocje wokół telewizora. Badając
to, jak osobiste wspomnienia tworzą się wokół doświadczeń mediów, można
by stworzyć użyteczną analogię z przeprowadzoną przez Gastona
Bachelarda analizą materialnej struktury domu jako kanwy, na której
osnute są dziecięce wspomnienia. Być może jednak trzeba by rozszerzyć
tę analogię: wszak kanwa jest dziś strukturą tyleż materialną, co
zmediatyzowaną.
Wiemy, że telewizor jest w gospodarstwie domowym totemicznym
obiektem o ogromnej wadze symbolicznej. W tym właśnie kontekście
powinniśmy badać długą historię udomawiania telewizora – śledzić jego
drogę od wyjściowej pozycji “obcego”, dopuszczanego jedynie do
najbardziej publicznych przestrzeni pokoju dziennego, przez powolne
mnożenie się i penetrowanie przestrzeni bardziej intymnych, aż do
punktu gdy, w ich przenośnej i zminiaturyzowanej formie, możemy
opisywać telewizory jako “części ciała”.
Domowa historia telewizora nie jest tu wyjątkiem. Eliseo Veron i
jego współpracownicy z Francji, opisali podobną “drogę telefonu” w
gospodarstwie domowym: od pojedynczego aparatu w publicznej przestrzeni
hallu, przez rozmnożenie się urządzeń w prywatnych pokojach aż do ery
telefonów komórkowych, kiedy to telefon jest nie tylko całkowicie
spersonalizowany (jest “częścią ciała” tak jak zegarek) ale staje się
“wirtualnym adresem” swojego właściciela, być może też nowym wcieleniem
jego pojęcia Domu.
Simon Frith słusznie wskazywał kiedyś na rolę mediów w rozszerzaniu tego, co nazywał przyjemnościami ogniska domowego (pleasures of the hearth).
Miejsca rozrywki, argumentował, nagle znalazły się wewnątrz Domu,
prowadząc do jego ponownego odkrycia jako miejsca aktywności w czasie
wolnym. Współcześnie kluczową kwestią jest rola nowych form publicznych
mediów i spersonalizowanych technologii komunikacyjnych w
DEstabilizowaniu centralnego charakteru Domu. Chodzi o to, by zrozumieć
jak “nowe” i stare media koegzystują w symbiozie, i lepiej pojąć nasz
sposób życia z nimi.
Perspektywy antropologiczne: fetyszyzm/totemizm
Próbując zrozumieć nasze życie i pracę z nowymi technologiami,
ostatnią rzeczą którą powinniśmy robić to wyobrażać sobie, że są one
potrzebne i używane tylko z powodu ich, coraz “cudowniejszych”,
zastosowań funkcjonalnych. Podkreślić należy symboliczne znaczenia
technologii: myślę tu na przykład o przełomowej pracy Ondiny Leal na
temat telewizora jako znaku nowoczesności w brazylijskich fawelach, czy
geście rządzących Afganistanem Talibów, którzy powiesili telewizory na
drzewach – mocny symbol niepożądanej “westernizacji” kraju. Nie jest to
bynajmniej kwestia jakichś dziwnych praktyk kulturowych w egzotycznych
krajach. [Dobrym przykładem z Polski mogłaby być opisywana w relacjach
z czasów stanu wojennego praktyka ustawiania telewizorów ekranem do
okna w porze dziennika; próba symbolicznego “odesłania” rządowi jego
propagandy – przyp. tłum.]
Jeden z drogich telewizorów o wysokiej rozdzielczości był w Wielkiej Brytanii reklamowany sloganem Im mniej go oglądasz, tym lepiej ci się powodzi.
Zakup takiego sprzętu, czy stoi on potem włączony czy nie,
charakteryzuje jego nabywcę jako wybrednego konsumenta. (Także komputer
jest obiektem “totemicznym”, fetyszyzowanym na różne sposoby: w latach
osiemdziesiątych w Wielkiej Brytanii utrzymywało się szalone wierzenie,
że samo posiadanie komputera w domu uchroni dzieci przed gniewem
Bożka-Bezrobocia, nawet jeżeli zainteresowanie dziecka komputerem
ograniczało się do gier).
W podobny sposób już sam wygląd telefonu komórkowego (zwykły,
srebrny, nieozdobny styl businessowy, indywidualnie dobrana obudowa czy
tak popularna podczas Mundialu wśród młodych Japonek przywieszka z
Davidem Beckhamem) wyraża pewną kulturową tożsamość, jaką jego
właściciel dla siebie wybrał, a także jest mocnym znakiem jego stopnia
społecznej łączliwości. W tym kontekście Zygmunt Bauman stwierdza, że w
logice symbolicznej obecnych czasów, jak je nazywa: płynnej
nowoczesności (liquid modernity) [por. Zygmunt Bauman, Liquid Modernity, Cambridge 2000 – przyp. tłum.], płynność jest podstawowym źródłem siły, dziś to co mniejsze, lżejsze i bardziej poręczne oznacza “postęp”.
(Jedna z brytyjskich reklam telefonów komórkowych przedstawia “smutną”
komórkę, z którą nikt już nie chce chodzić: jest za duża i wygląda
niezgrabnie, przynosi właścicielowi wstyd).
Nowe Czasy, Nowe Formaty
Mobilność, w różnych jej przejawach, jest z pewnością kluczowa dla
naszej analizy. Rozszerzoną rodzinę powinno się dziś postrzegać jako
“rozciągniętą na drutach telefonicznych”, zwłaszcza jeżeli należą do
niej migranci, często wydający dużą część pensji na telefony do domu.
Nowe międzynarodowe sieci telefoniczne pozwalają nie tylko “pozostać w
kontakcie”, ale aktywnie włączyć się w proces podejmowania decyzji,
uczestniczyć z daleka w rutynie codziennego życia Domu, które toczy się
jednocześnie w kilku miejscach.
Prowadzi nas to do zwrócenia uwagi na to, jak ludzie przystosowali
się do oferowanej przez technologie możliwości efektywnego “bycia” w
dwóch miejscach naraz. Kevin Robins i Asu Aksoy w swoim studium
dotyczącym tureckich imigrantów w Londynie wskazują, że dla wielu
przyjezdnych możność ciągłego oscylowania między miejscami jest dziś
niczym więcej niż banalnym faktem z życia codziennego, w którym
rutynowo przeskakują z brytyjskiego na turecki kanał telewizyjny i od
lokalnej konwersacji twarzą w twarz do międzymiastowej rozmowy z
krewnymi i znajomymi.
Nowe technologie zmieniają jednak nie tylko życie emigrantów. Jan English-Lueck i James Freeman w badaniu robienia rodziny w Dolinie Krzemowej [ Doing family – gra słów, analogia do doing business,
robienia interesów – przyp. tłum.] przedstawiają obraz sytuacji, w
której nowe sposoby elektronicznego komunikowania stały się główną
infrastrukturą życia rodzinnego [O The Silicon Valley Culture Project można przeczytać na stronie http://www.sjsu.edu/depts/anthropology/svcp
- przyp. tłum.] Jest tak szczególnie wśród zapracowanych, należących do
klasy średniej rodzin o dwóch karierach, prowadzących ściśle
zaprogramowane czasowo życie, w którym rodzice zmuszeni są do ciągłego
szukania równowagi między sprzecznymi wymogami pracy i rodziny. W
takiej sytuacji to, który z rodziców odbierze dziecko skąd i o której
godzinie, jest negocjowane codziennie i na bieżąco przez telefon
komórkowy, pager i e-mail. Gdy po powrocie do domu dzieci wyrecytują
swój jutrzejszy plan zajęć, rodzice mogą pilnie zanotować go w swoich
palmtopach, zauważając problemy z zawodowymi spotkaniami wyznaczonymi
na tę samą godzinę, i obiecać, że wyślą dzieciom na pager informację,
kiedy i skąd je odbiorą, najpóźniej jutro przed południem. Oto świat, w
którym część ciężaru opieki nad dzieckiem spadła na rodzicielstwo
wirtualne, i w którym być “dobrym rodzicem” to mieć dobry elektroniczny
kontakt z dzieckiem i witać je w domu SMS-em, mając nadzieję, że “dzień
minął mu dobrze”.
Jak wiemy, mimo swojego nieustającego centralnego miejsca w
ideologii, model gospodarstwa domowego zamieszkanego przez rodzinę
nuklearną staje się na Zachodzie coraz rzadszy wskutek zmian
demograficznych. Może okazać się niemożliwe (czy ostatecznie
nieistotne) ustalenie, co jest tu jajkiem, a co kurą, ale potrzeba nam
modelu analitycznego który połączy zmiany demograficzne w
gospodarstwach domowych z szybkim rozwojem indywidualnych
spersonalizowanych medialnych dostarczycieli (personalised media delivery systems).
Z pewnością w Zjednoczonym Królestwie “wieloekranowe” gospodarstwo
domowe jest dziś normą i ma to głęboki wpływ na życie domowe. Często
wskazywano na dowody wewnętrznego sfragmentaryzowania Domu – takie jak
trend zastępowania tradycyjnego rodzinnego posiłku indywidualnym
“pogryzaniem” potraw przyrządzonych w kuchence mikrofalowej. Można by
też uznać Walkmana za technologię w głębokim sensie solipsystyczną,
służącą “wyłączaniu” niechcianej interakcji z innymi. Kwestia
współczesnej fragmentaryzacji – i indywidualizacji – tak publiczności
jak i służących im technologii medialnych, jest tu ewidentnie kluczowa.
Udomawianie przyszłości
Chciałbym powrócić teraz do problemu przyszłości, tak często
definiowanej dziś w kategoriach technologii. Jeżeli przyszłość jest dla
wielu ludzi sferą kłopotliwą, wiele z tych “kłopotów” okazuje się być
symbolizowane (po)przez formy technologii. Chodzi więc o to, jak
uczynić sferę przyszłości naturalną i udomowioną tak, by jej
mieszkańcom łatwiej było się z nią obchodzić. Wiele lat temu Herman
Bausinger mówił o tym, że codzienność będzie się charakteryzować, jak
to ujął, niejawną wszechobecnością techniki. Jeśli wciąż
wzrastający arsenał technologii został już znaturalizowany do stopnia
dosłownej – lub psychologicznej – “niewidzialności” w sferze domowej,
musimy zrozumieć, jak do tego doszło.
Innowacje technologiczne często idą ręka w rękę z tendencją do
czynienia techno-przyszłości przyjazną dla konsumenta przez włączanie
jej w znajome formaty, ikony i symbole. By przywołać tylko ten jeden
przykład, reklama jednego z najnowszych innowacyjnych i
wielofunkcyjnych domowych systemów rozrywki pokazuje go w środku
drewnianej szafki w rodzaju tych, które mieściły pierwsze telewizory w
czasach, gdy one same były innowacją. Co więcej, świat przedstawiony w
reklamie jest jakby wyjęty z tworzonych przez Normana Rockwella
portretów rodzin z amerykańskich przedmieść lat pięćdziesiątych:
wszyscy członkowie nuklearnej rodziny uśmiechają się pod przyjaznym
spojrzeniem ojca. W ten sposób “kłopotliwa” natura nowej technologii
zostaje zneutralizowana przez włączenie jej w obręb najbardziej
konwencjonalnego z Domów.
Proces udomowienia mediów sięga jednak głębiej. To nie tylko kwestia
tego, w jaki sposób ludzie “poczuli się jak u siebie w Domu” z
zainstalowanymi w ich mieszkaniach technologiami. Opisując wcześniej
mieszkańców Kalifornii, twierdziłem, że używane przez nich do
koordynacji swoich zajęć technologie, stały się w końcu infrastrukturą
ich życia. Z pojawieniem się elektronicznego “domu marzeń” lat 50. i
60., czy – współcześnie – w pełni okablowanego domowego raju Billa
Gatesa, stajemy wobec zupełnie nowej sytuacji, w której nie tyle
elektroniczne technologie są udomawiane, co sfera domowa jest
całkowicie zmediatyzowana. W takiej wizji gospodarstwa domowego,
technologie przestają być zaledwie suplementem a zaczynają konstytuować
to, czym jest dzisiaj Dom. [Chodzi o szeroko opisywany “inteligentny” i
sterowany w pełni komputerowo dom szefa Microsoftu, pełny
zaawansowanych technologii, takich jak legendarne już ekrany plazmowe
wiszące na ścianach zamiast obrazów. Gates opisał swój dom w książce The Road Ahead, por. także M.Banaszak, Komputerowe ognisko domowe, “Rzeczpospolita”, 18.12.1997 – przyp. tłum.]
Wszystko to prowadzi nas do nowej wersji mobilnej prywatyzacji
Raymonda Williamsa. Technologie, dzięki którym możemy angażować się w
wirtualne formy podróżowania bez opuszczania Domu, mają dziś dalece
większy wpływ niż mógł to przewidzieć Williams. Jednak nawet Gates ze
swoim okablowanym domem marzeń wciąż reprezentuje formę życia
rodzinnego ujmowanego w jak najbardziej konwencjonalnych, wywodzących
się z amerykańskich przedmieść kategoriach. Futurologia czasem tyleż
wybiega w przyszłość, co okazuje się być “wsteczna”.
Media OD-domowione? OD-domawiane?
Jak dotąd koncentrowałem się w swojej opowieści na historii
stopniowego udomawiania mediów, za której kulminację uznałem pojawienie
się domu inteligentnego; sytuację, w której Dom określony jest przez
konstytuujące go technologie. Być może jednak jesteśmy świadkami
całkiem innej historii, której narracja biegnie w kierunku przeciwnym –
ku OD-domowieniu mediów (DE-domestication of the media) i ODmiejscowieniu domowości (DISlocation of domesticity).
W wielu krajach telewizja była pierwotnie medium publicznym, dopiero
stopniowo wprowadzającym się do Domu. Dziś zauważamy, że uciekła ze
sfery domowej: znajdujemy ją wszędzie – w barach i restauracjach, w
pralniach, sklepach i na lotniskach. Pokazują to badania Anny McCarthy
w USA nad, jak ją nazywa, ambient television. Przestrzeń
publiczna jest w coraz większym stopniu skolonizowana przez dyskurs
reklamy i komunikaty komercyjne: wizualnie, na ogromnych billboardach,
na odwrocie biletu autobusowego, czy słuchowo, jak w komunikacie
brytyjskiej informacji telefonicznej, która podaje, że sam Czas jest
“sponsorowany” przez jakąś prywatną firmę. W tym kontekście, stare
rozróżnienie między ludźmi stanowiącymi i niestanowiącymi publiczność
mediów może być już niepotrzebne – wszyscy jesteśmy publicznością
jakichś mediów prawie wszędzie i przez cały czas.
Problem ten ma jeszcze jeden wymiar, do którego nawiązałem w swoich
wcześniejszych uwagach o Walkmanie, jako technologii prywatyzującej
przestrzeń publiczną. Jeżeli tak jest w istocie, to telefon komórkowy
jest par excellence taką prywatyzującą czy indywidualizującą
technologią. Telefon komórkowy odmiejscawia ideę Domu, pozwalając
użytkownikowi, jak głosiła jedna z reklam, zabrać swoją sieć ze sobą, gdziekolwiek się wybiera.
Jednak, tak jak Walkman, komórka odcina użytkownika od geograficznego
miejsca w którym ten się znajduje. Często nie zwracamy uwagi na tych
którzy są fizycznie blisko nas, rozmawiając z tymi, którzy są daleko. W
tym sensie można twierdzić, że telefon komórkowy jest często nie tylko
psychicznym kokonem dla użytkownika ale i rodzajem mobilnego osiedla
zamkniętego (gated community).
Zakłada się przy tym, że telefon komórkowy jest przede wszystkim
urządzeniem do przekraczania dystansu , lecz przecież tak jak duży
procent e-maili krąży w obrębie tego samego budynku, tak i telefony
używane są często w sposób przeciwny naszej intuicji na temat ich
przeznaczenia – nie tyle podróżujemy za ich pomocą z jednej przestrzeni
do drugiej, co ustanawiamy nowe kanały komunikacji w obrębie tej samej
przestrzeni, jak uczniowie wysyłający do siebie SMS-y w czasie lekcji.
Jak wiemy, telefon komórkowy może na różne sposoby wprowadzać
zakłócenie w sferze publicznej i fascynujące jest obserwowanie
spowodowanych przez ten fakt debat na temat etykiety komunikowania się.
Chodzi tu jednak o coś więcej niż tylko etykietę – obserwujemy
zachodzące z niezwykłą szybkością zmiany w bardziej formalnych
regulacjach, takie jak pojawienie się w pociągach “cichych wagonów”, w
których nie można rozmawiać przez telefon.
Często uważamy, że telefon komórkowy przezwycięża geografię.
Ktoś powiedział, że dzięki “komórce” pojawił się jeszcze bardziej
mobilny następca flaneura – phoneur. Ale, jak wskazywałem wcześniej na przykładzie chat-roomów,
pierwsze pytanie jakie pada w wielu rozmowach przez telefon komórkowy
to “gdzie jesteś”? Wydaje się więc, że w rzeczywistości geografia nie
do końca umarła – telefony komórkowe dostarczają nam niekończącego się
i niespokojnego komentarza na temat naszego położenia geograficznego i
emocjonalnego rozłączenia (disconnectedness), często
symbolizowanego przez dystans geograficzny. Fiński socjolog Timo
Kopamaa opisał telefon komórkowy jako nowy talizman magiczny – maszynę,
która sprawia, że wszystko jest dobrze i to ta jej funkcja jest dla użytkowników ważniejsza niż praktyczne zalety.
Geograf Yi Fu-Tuan rozróżnia między konwersacją (conversation) – przedmiotową dyskusją o wydarzeniach i problemach, dyskursem kosmosu – a rozmową (talk)
– fatyczną wymianą plotek, mającą na celu głównie utrzymanie spoistości
grupy, nazywaną przez niego dyskursem ogniska domowego (discourse of the hearth).
Wychodząc od tego rozróżnienia John Tomlinson twierdzi, że dyskurs
większości użytkowników komórek to komunikacja fatyczna. W tym sensie
telefon komórkowy wypełnia przestrzeń sfery publicznej dyskursem
ogniska domowego. Byłoby więc błędem, twierdzi Tomlinson, uznawać nowe
technologie jedynie za narzędzia poszerzania horyzontów kulturowych.
Powinno się raczej widzieć je jako niedoskonałe instrumenty, za pomocą
których ludzie usiłują zachować jakieś poczucie bezpieczeństwa i
przynależenia w kulturze płynności i deterytorializacji.
Znajdujemy się więc w świecie, w którym przez większość czasu
stanowimy publiczności dla takiego czy innego medium i w którym po
długim procesie ich udomowiania telewizja i inne media uciekły z Domu,
by w nowy sposób skolonizować (zrekolonizować?) sferę publiczną. Gdy
Dom okazuje się być artefaktem w coraz większym stopniu określanym
przez technologię, “domowość” wydaje się być odmiejscowiona, lub może,
jak sugerowałem wcześniej, wcielona w nowe technologie.
Wędrując przez przestrzeń publiczną, chronieni pancerzem naszych
Walkmanów i telefonów komórkowych, zadajmy sobie pytanie postawione
kiedyś przez Heideggera: co to znaczy żyć w kulturze braku dystansu (distancelessness),
w której rzeczy nie są ani blisko nas ani od nas daleko; gdzie się
znaleźliśmy i dokąd zmierzamy? Dojdziemy do wniosku, że pytania które
napotykamy dziś na naszej drodze, jakkolwiek pilne, nie są wcale nowe.
Co więcej, jeżeli chcemy zdobyć się na dystans wobec dyskursów
“futurologii”, które nas otaczają, musimy znaleźć dla nich historyczną
perspektywę szerszą niż ta, w której one same się sytuują.
Wykład wygłoszony w Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego 3 marca 2003
David Morley jest wykładowcą Goldsmiths College w Londynie,
autorem m. in. “Nationwide Audience”, “Family Television” i
“Television, Audiences & Cultural Studies”. Jego najnowsza książka
“Home Territories” (London: Routlege, 2000) jest poświęcona pojęciom
tożsamości i przynależności wobec rozwoju nowych technologii,
zmieniających tradycyjnie rozumianą ideę Domu. W Polsce gościł na
zaproszenie Uniwersytetu Jagiellońskiego i British Council. Tekst
ukazał się w kwartalniku “Kultura Popularna”, nr 3(5)/2003.