« powrót
Tekst pochodzi z serwisu CyberForum.edu.plhttp://www.cyberforum.edu.pl
Bity kontra atomy. Sześć fragmentów książki Being digital

Nicholas Negroponte

I

Osobowość cyfrowa


Jednym z powodów, dla których gadające samochody nie stały się popularne, to fakt że mają one mniej rozwiniętą osobowość niż przeciętny konik morski.

Ogólnie rzecz biorąc, opinie na temat charakterów komputerów za podstawę mają wszystkie te wypadki, kiedy komputery coś zrobią do niczego. Na marginesie, możliwe są też sytuacje odwrotne. Zdarzyło mi się raz umierać ze śmiechu, gdy program słownikowy sprawdzając błędy w moim tekście natrafił na dyslektyczną literówkę "aslo" zamiast "also" ("także") i z dumą zaproponował właściwą pisownię: "asshole", czyli "dupek".

Ale pomału komputery zyskują osobowość. Mało znaczącym, ale bardzo starym, przykładem jest przygotowany przez Hayes Corporation program komputerowy pod nazwą Smartcom, w którym pojawiał się mały telefonik z buźką. Dwoje oczu śledziło listę kolejnych czynności podejmowanych w trakcie łączenia - i gdy komputer wypełniał zadanie i przechodził do kolejnego, te oczka poruszały się w dół listy. Buźka uśmiechała się, jeśli wszystko przebiegało właściwie, a chmurzyła się - jeśli nie.

I wcale nie jest to takie zabawne, jak może się wydawać. Personalizacja maszyny czyni ją zabawną, swobodną, użyteczną, przyjazną i mniej "mechaniczną" z natury. Mówiąc krótko, nowe komputery osobiste bardziej będą przypominały wychowanego w domu psiaka. Możliwe stanie się kupowanie modułów z osobowością, które będą zachowywać się w odmienne sposoby, będą miały różne fikcyjne charaktery i filozofie życiowe. Będziemy mogli kupić moduł z osobowością Larry Kinga dla interfejsu do przeglądania gazet. Dzieciaki mogą zapragnąć surfowania po Internecie w towarzystwie osobowości Dr. Seuss'a.

Nie sugeruję, że właściwą drogą są głupawe dźwięki postukiwania w monitor, kiedy jest się w połowie pisania ważnego tekstu. Ale uważam, że sposób w jaki realizowana jest interaktywność może być znacznie bogatszy niż zwykły dźwięk klikania, piszczące głosiki i w kółko te same mrugające światełka sygnalizujące błędy. Doczekamy w końcu systemów z poczuciem humoru, systemów namawiających i zachęcających do pracy, może nawet despotycznych i surowych jak bawarskie niańki.


II

Bity i atomy


Najlepszą sposobem, aby docenić istotę i konsekwencje życia w epoce cyfrowej jest refleksja nad różnicą między bitami i atomami. Bez wątpienia żyjemy w epoce informacji, większość wiadomości dostarczana jest nam pod postacią atomów: gazet, magazynów, książek. Być może to prawda, że nasza ekonomia przekształca się w ekonomię informatyczną, ale naszą wymianę towarową i obroty z niej płynące opisujemy mając na myśli atomy. GATT to porozumienie dotyczące atomów.

Niedawno odwiedziłem centralę pewnej firmy należącej do pierwszej piątki amerykańskich producentów układów scalonych. Poproszono mnie przy wejściu o wpisanie się do książki gości, a następnie zapytano mnie, czy mam przy sobie przenośny komputer. Miałem, rzecz jasna. Recepcjonistka zapytała o model, numer seryjny oraz jego wartość. Odpowiedziałem: "Gdzieś między milionem a dwoma milionami dolarów". "To niemożliwe. - odrzekła recepcjonistka - jak to? Proszę pokazać." Pokazałem jej swój stary PowerBook, a ona wyceniła go na około 2 000 dolarów. Kiedy zapisała tę sumę, mogłem już wejść do środka. Sęk w tym, że podczas kiedy atomy nie miały olbrzymiej wartości, bity były niemal bezcenne.

Niedawno brałem udział w Vancouver w szkoleniu menadżerskim dla kluczowych osób z Polygramu. Jego celem było polepszenie komunikacji pomiędzy najważniejszymi menadżerami firmy, a także dokładne zapoznanie się z planami na kolejny rok, włącznie z próbkami muzyki, filmów, gier i wideoklipów, jakie przygotowywane były do promocji. Wszystkie te materiały miały być przesłane na szkolenie pocztą kurierską w formie płyt kompaktowych, kaset wideo, CD-ROM-ów, słowem przedmiotów, które mają wagę, rozmiar oraz autentyczne opakowania.

Na nieszczęście, z jakiegoś powodu niektóre materiały zatrzymano w odprawie celnej. Tego samego dnia siedziałem w swoim pokoju hotelowym wysyłając do MIT i odbierając stamtąd bity przez Internet. W odróżnieniu do atomów należących do Polygramu, moje bity nie zostały zatrzymane w odprawie celnej.

Infostrada to w istocie ciągłe przemieszczanie się bitów po całym świecie - pozbawionych wagi i podróżujących z prędkością światła. Gdy kolejne gałęzie przemysłu spoglądają w lustro i zapytują same siebie o swoją przyszłość w świecie cyfrowym, ta przyszłość niemal w stu procentach określana jest jako zdolność firmy do wytwarzania produktów i usług, dających się wyświetlić na ekranie komputera. Jeśli produkujesz swetry bawełniane albo chińskie potrawy, sporo jeszcze czasu upłynie zanim uda się je zamienić w bity. "Teleportuj mnie, Scotty" - miło pomarzyć, ale raczej jeszcze parę stuleci upłynie zanim to się spełni. W międzyczasie zatem musisz polegać na firmach kurierskich, rowerach, czyichś nogach, jeśli chcesz aby twoje atomy trafiły z jednego miejsca do drugiego. Nie chcę powiedzieć, że cyfrowe technologie nie wspomagają projektowania, wytwarzania, promocji i zarządzania firmy zajmującej się atomami. Podkreślam jedynie, że klasyczne przedsiębiorstwa nie ulegną zmianie, a prawdziwe produkty nie zamienią się w swoje bitowe odpowiedniki.

W informacji czy rozrywce bity i atomy często są mylone. Czy wydawca książek zajmuje się dostarczaniem informacji (bity), czy raczej produkcją rzeczy (atomy)? Historyczna odpowiedź brzmi: jedno i drugie. Ale to wkrótce zmieni się, w wiarę jak odpowiednie urządzenia informatyczne rozpowszechnią się i staną bardziej przyjazne użytkownikowi. Na razie trudno - choć nie jest to niemożliwe - konkurować z jakością książek drukowanych.

Książka ma wyższą jakość prezentacji treści, jest lekka, łatwo zaznaczyć co się chce - i nie jest bardzo droga. Ale aby dotarła do nas musi być składowana i przesyłana. W przypadku zwykłych książek 45 procent jej kosztów to składowanie, wysyłka i zwroty. Co gorsza, zawsze może się wyczerpać nakład. Książki w formie elektronicznej nigdy nie wychodzą z druku. Są zawsze osiągalne.

Inne media jeszcze szybciej mogą stanąć przez szansami i zagrożeniami. Pierwszymi atomami z branży rozrywkowej, które wyjdą z użycia i zastąpione będą przez bity, są atomy składające się na kasety wideo w wypożyczalniach, gdzie konsumenci wciąż spotykają się z jeszcze jedną trudnością: trzeba atomy zwrócić na czas, a jeśli nie, to trzeba zapłacić karę (mówi się, że 3 do 12 miliardów zysku amerykańskich wypożyczalni stanowią opłaty za przetrzymywanie kaset). A i reszta mediów będzie zmuszona do przejścia na "cyfrę" - przez współdziałające: presję wygody, ekonomicznych wskaźników i liberalizacji rynku. Już niedługo.

 

III

Telewizja: cokolwiek, gdziekolwiek, kiedykolwiek


Jeden z najważniejszych bossów świata telekomunikacyjnego zwykł w kółko powtarzać hasło: "Cokolwiek, gdziekolwiek, kiedykolwiek", czyniąc zeń poemat na cześć współczesnej mobilności. Ale moim marzeniem (a podejrzewam, że i Twoim) jest: "Nic, nigdzie, nigdy", chyba, że to co otrzymujemy jest we właściwym czasie, dostatecznie ważne, zabawne, odkrywcze czy też zdolne poruszyć moją wyobraźnię. Hasło "cokolwiek, gdziekolwiek, kiedykolwiek" nie wydaje się najlepszym materiałem na paradygmat dla telekomunikacji. Doskonale za to pasuje do telewizji.

Kiedy słyszymy o tysiącach stacji telewizyjnych, zdajemy się nie pamiętać, że i bez satelitów możemy (w USA) odbierać ponad tysiąc różnych audycji dziennie, dostarczanych wprost do naszych domów. Na dodatek nadawanych naraz i w niewygodnych godzinach. Kiedy dołożymy do tego te ponad 150 kanałów wymienionych w tygodniku Sattelite TV Week, otrzymamy w rezultacie ponad 2 700 audycji dostępnych każdego dnia.

Gdybyż tylko dało się nagrać każdy transmitowany program, a my bylibyśmy wyposażeni w zdolność selektywnego wychwytywania treści pięć razy lepszą od wszystkich treningów szybkiego przyswajania. Albo - zamiast trzymać je wszystkie - dobrze byłoby mieć filtr telewizyjny, który wychwytywałby dla nas jeden, dwa interesujące programy, abyśmy je mogli w przyszłości obejrzeć.

A teraz rozszerzmy tę telewizyjną maksymę "Cokolwiek, gdziekolwiek, kiedykolwiek" na globalną infrastrukturę utrzymującą 15 tys. kanałów telewizyjnych, a zmiany jakościowe i ilościowe okażą się naprawdę interesujące. Niektórzy Amerykanie mogą odbierać telewizję hiszpańską, co pomaga im ćwiczyć język, inni mogą śledzić szwajcarską stację kablową Channel 11 w poszukiwaniu nie pociętych niemieckich filmów erotycznych (już o 5 po południu czasu nowojorskiego), a dwumilionowa społeczność Amerykanów pochodzenia greckiego może cieszyć się z dostępu do trzech ogólnokrajowych i siedmiu regionalnych stacji telewizyjnych z Grecji.

Być może jeszcze donioślejszy okaże się fakt, że Brytyjczycy poświęcają rocznie 75 godzin na transmisje z zawodów szachowych, a z kolei Francuzi przeznaczają 80 godzin na wyścig Tour de France. Oczywiste jest, że amerykańscy entuzjaści szachów i kolarstwa z radością zaakceptowaliby dostęp do tych atrakcji - gdziekolwiek i kiedykolwiek.

IV

Artyzm przez duże "E"


Komputery i sztuka, kiedy spotkały się po raz pierwszy, odsłoniły nawzajem swe najgorsze strony. Pierwszym powodem jest fakt, że piętno maszyny potrafi być zbyt silne. Może ono zdominować zamierzoną wypowiedź, jak to często zdarza się w artystycznych hologramach i filmach trójwymiarowych. Technologia potrafi być przysłowiową łyżką dziegciu w beczce miodu. Komputerowy posmak może zabić wszelkie subtelniejsze przekazy artystyczne. Nie jest niczym dziwnym, że wzajemne wzmocnienie komputerów i sztuki udało się najlepiej w muzyce i performance'ach, gdzie udział technologii w wykonywaniu, rozpowszechnianiu i odbieraniu dzieła sztuki wydaje się naturalny. Kompozytorzy, wykonawcy i publiczność dzięki elektronice mogą kontrolować dzieło. Jeśli Herbie Hancock wydałby swoje kolejne dzieło w Internecie, nie będzie to oznaczało wyłącznie czegoś w rodzaju koncertu dla 20 milionów słuchaczy - każdy będzie mógł zmieniać muzykę w zależności od swoich osobistych potrzeb. Niektórym wystarczy zmiana głośności. Inni być może zamienią tę muzykę w karaoke. Jeszcze inni mogą być zainteresowani zmianą aranżacji. Cyfrowa superautostrada zmieni zamknięte, zakończone dzieło w pieśń przeszłości. Wąsy domalowywane wielokrotnie portretowi Mona Lisy to tylko dziecinna igraszka. Będziemy świadkami poważnych cyfrowych manipulacji dokonywanych na uznanych za kompletne dziełach, które pojawią się w Internecie - i niekoniecznie musi to być złe.

Wkraczamy w obszar, gdzie wypowiedź artystyczna może stać się żywsza i wymagać większego uczestnictwa. Otrzymujemy możliwość rozpowszechniania i doświadczania bodźców zmysłowych w sposób odmienny niż oglądanie strony w książce i dalece bardziej dostępny niż podróż do Luwru . Artyści zaczną postrzegać Internet jak największą na świecie galerię dla ich prac - i jak środek pozwalający dotrzeć bezpośrednio do ludzi.

Największe możliwości odkrywają przed nami uprawiający sztuke komputerową - zachęcają oni do mutacji i manipulacji dziełami. Mimo, że może się to wydać absolutną wulgaryzacją ważnych dla kultury symboli - jak zamiana każdego fotogramu Steichena w pocztówkę albo każdego Warhola w clipart - to najważniejsze jest, że świadomość cyfrowa umożliwia dokonywanie się procesu, a nie jedynie - uzyskanie ostatecznego produktu. Proces ten może być fantazją i ekstazą pojedynczego umysłu. Albo też wytworem zbiorowej imaginacji mas. Albo wizją stworzoną przez awangardową grupę.

 

V

Życie asynchroniczne


Rozmowa osobista czy telefoniczna odbywają się w czasie rzeczywistym i synchronicznie. Gra w głuchy telefon również polega na osiągnięciu synchroniczności. Choć jak na ironię, z reguły przekazywane w grze wiadomości same w sobie nie wymagają jej i równie dobrze mogłyby podlegać zasadom przekazu nie odbywającego się w czasie rzeczywistym. Historycznie rzecz biorąc, asynchroniczna komunikacja - na przykład pisanie listów - miała wiekszą skłonność do sformalizowania. Była mało swobodną formą wymiany myśli. Jednakże wraz z pojawieniem się poczty głosowej i automatycznych sekretarek trendy się zmieniają.

Znam ludzi, którzy twierdzą że nie potrafią pojąć, jak mogli żyć (a również, jak my wszyscy mogliśmy) bez automatycznych sekretarek w domu i poczty głosowej w pracy. Korzyść polega mniej na zaangażowaniu głosu, więcej na procesie późniejszego odtwarzania i przeskoku w czasie. Chodzi o pozostawienie wiadomości - zamiast zawracania komuś głowy poprzez niekończące się dyskusje "na żywo". Choć po prawdzie, twórcom automatycznych sekretarek przyświecała raczej odwrotna idea. Nie tyle miały one włączać się, kiedy cię nie ma lub chcesz żeby "cię nie było", ale miały odpowiadać na każdy telefon i dawać szansę każdemu dzwoniącemu na pozostawienie informacji, po co dzwonił.

Z kolei jezną z najatrakcyjniejszych właściwości emaila jest to, że w odróżnieniu od telefonu nie zakłóca spokoju adresata. Można je odbierać i odpowiadać na nie, kiedy jest to wygodne - i z tego powodu łatwiej o odpowiedź na wiadomość, która w życiu nie miałaby szans przebić się przez dziesiątki sekretarek i telefonistek w biurach. Eksplozja popularności emaila wzięła się właśnie z tych dwóch przyczyn: asynchroniczności przekazu oraz użycia komputera jako medium. Ta druga przyczyna jest szczególnie istotna, ponieważ wszelkie filtry programów pocztowych wykorzystują odpowiednie elementy pliku emaila do segregowania poczty i nadawania wiadomościom priorytetu. To, kto wysłał wiadomość i o czym ona jest, determinuje porządek w jakim poczta jest przeglądana - podobnie jak to ma miejsce z broniącymi dostępu sekretarkami, które bez problemu łączą cię z twoją sześcioletnią córeczką, podczas gdy szef korporacji X musi poczekać. Nawet w najpracowitszym dniu wiadomości prywatne będą trafiać na pierwsze miejsce.

Nasze komunikowanie wcale tak często nie musi odbywać się "na żywo" czy w czasie rzeczywistym. Bez przerwy ktoś nam przeszkadza albo zmuszani jesteśmy do niezwłocznego poświęcania czasu rzeczom, które wcale nie wymagają natychmiastowego załatwienia. Jesteśmy wciąż wtłoczeni w regularne rytmy - nie dlatego, na przykład, że kończymy jedzenie zawsze o 8:59, ale dlatego, że za minutę rozpocznie się ulubiony program telewizyjny. Nasze prawnuki będą wstanie zrozumieć, że chodziliśmy do teatru na wyznaczoną godzinę, bo zyskiem była obecność żywych aktorów w pełnym składzie, ale nie zrozumieją nigdy potrzeby równoczesnego odbioru sygnału telewizyjnego w domach prywatnych - no chyba, że przyjrzą się dziwacznemu modelowi ekonomicznemu, który za tym stoi.

 

VI

Wiek optymizmu


Z natury jestem optymistą. Niemniej, każda technologia czy wynalazek ma swoją ciemną stronę. Cyfrowa rzeczywistość nie jest wyjątkiem.

W przyszłym dziesięcioleciu na pewno będziemy świadkami lekceważenia praw autorskich czy też naruszania sfery prywatności. Doświadczymy cyfrowego chuligaństwa, piractwa, kradzieży danych. Więcej, będziemy świadkami utraty pracy przez wielu ludzi - ze względu na postępującą robotyzację - co z pewnością zmieni także eleganckie biurowce w miejsca przypominające dzisiejsze hale fabryczne. Pojęcie pracy na całe życie również zdaje się odchodzić w przeszłość.

Radykalne przemiany na rynku pracy - odkąd mniej pracujemy z atomami a więcej z bitami - zbiegną się w czasie z pojawieniem się w on-line (dosłownie) dwumiliardowej rzeszy chińskich i indyjskich pracowników. Pracujący na własny rachunek programista z Peorii będzie musiał konkurować ze swoim odpowiednikiem w Pohang. Tak jak operator DTP z Madrytu ze swoim - z Madras. Amerykańskie firmy świadczą obecnie usługi w zakresie sprzętu i oprogramowania firmom z Rosji i Indii - i nie w poszukiwaniu taniej, nisko wykwalifikowanej siły roboczej, ale aby chronić wysoko wykwalifikowane zaplecze intelektualne, gotowe pracować ciężej, szybciej i w większej dyscyplinie niż to z którym mamy do czynienia w samej Ameryce.

W miarę postępowania globalizacji światowej gospodarki i rozwoju Internetu, coraz bliżej nam do stworzenia doskonale cyfrowego stanowiska pracy. Na długo przed politycznym konsensusem i na długo zanim rozmowy GATT doprowadzą do ustalenia właściwych taryf i obrotów dla atomów, bity będą magazynowane i przetwarzane bez jakiegokolwiek szacunku dla ograniczeń geopolitycznych. W istocie prawdopodobne jest, że strefy czasowe będą odgrywać większą rolę w naszej cyfrowej przyszłości niż obszary handlowe. Mogę sobie wyobrazić, jak pewne projekty programistyczne będą wstanie dosłownie krążyć ze wschodu na zachód wokół Ziemi - w rytm 24-godzinnego cyklu: od osoby do osoby, od grupy do grupy - jedni będą pracować, kiedy inni śpią. Microsoft będzie zmuszony otworzyć biura projektowe w Tokio i Londynie, jeśli chce pracować w systemie trzyzmianowym.

W miarę jak zmierzamy ku takiemu cyfrowemu światu, całe wielkie fragmenty populacji staną się zniewolone (albo przynajmniej tak się będą czuły). Gdy 50-letni hutnik traci pracę, w odróżnieniu od jego 25-letniego syna, może on być pozbawiony jakiejkolwiek możliwości dostosowania się do świata cyfrowego. Jeżeli współczesna sekretarka traci pracę, wciąż ma szansę odnaleźć się w tym świecie, bo posiada umiejętności, które dadzą się wykorzystać inaczej.

Bitów nie da się jeść - to znaczy, że nie mogą one zaradzić głodowi. Komputery nie mają moralności, nie potrafią rozwiązać skomplikowanych kwestii, takich jak prawo do życia i do śmierci. Ale cyfrowa rzeczywistość, mimo to, daje wiele powodów do optymizmu. Podobnie jak prawa fizyki, cyfrowa rzeczywistość nie może zostać powstrzymana, ani odrzucona. Niesie ona cztery znaczące wartości, które zaważą na jej sukcesie: decentralizacja, globalizacja, dostosowanie i wzmocnienie.

Nigdzie nie można zauważyć większego wpływu decentralizacji cyfrowej rzeczywistości niż w samym handlu i przemyśle komputerowym. Tak zwane systemy zarządzania informacją (MIS) są jak car, który zwykł rządzić z obudowanych szkłem, klimatyzowanych mauzoleów, a teraz okazał się być nagim królem - gatunkiem na wymarciu. Niektórym jego wyznawcom udało się jeszcze przetrwać, ale jedynie dlatego, że zajmują wyższe stanowiska niż ktokolwiek, kto mógłby ich wywalić. A zarządy spółek śpią, nie mają pojęcia, albo jedno i drugie.

Thinking Machines Corporation, wielka i pełna rozmachu firma zajmująca się superkomputerami, którą stworzył genialny inżynier elektryk Danny Hillis - przepadła po dziesięciu latach istnienia. W tym krótkim czasie przedstawiła ona światu przeogromne komputery o architekturze równoległej. Dzieło nie było kontynuowane ze względu na złe zarządzanie i beznadziejną konstrukcje tak zwanej Maszyny Łączącej. Pomysł przepadł ponieważ równoległość mogła zostać zdecentralizowana. Ten sam typ gigantycznej równoległości nagle dał się osiągnąć przez połączenie tanich, masowo produkowanych komputerów osobistych.

Pomimo, że wiadomość nie była dobra dla Thinking Machines, dla nas jest niezmiernie ważna - dosłownie i w przenośni. Oznacza to że wszelkie przyszłe przedsięwzięcia mogą znaleźć właściwe dla siebie właściwe, dostosowane rozwiązanie informatyczne dzięki uzbrojeniu ich struktury w komputery osobiste, mogące współpracować dla rozwiązania kwestii wymagającej większej mocy. Komputery mogą pracować na dwa sposoby: indywidualnie i w grupach. Ten sam decentralistyczny styl myślenia dostrzegam już w naszym społeczeństwie - na czele którego stoją młodzi obywatele świata cyfrowego. Tradycyjny, centralistyczny punkt widzenia odchodzi do lamusa.

Samo państwo narodowe podlega ogromnym zmianom i procesowi globalizacji. Za pięćdziesiąt lat rządy staną się równocześnie i większe, i mniejsze. Europa stara się odnaleźć własną tożsamość poprzez podziały na coraz mniejsze obszary etniczne, równocześnie próbując zjednoczyć się ekonomicznie. Tendencje nacjonalistyczne sprawiają, że zbyt łatwo jest cynicznie zniweczyć jakąkolwiek szerszą inicjatywę światowego zjednoczenia. Ale w świecie cyfrowym, rozwiązania wcześniej niedopuszczalne stają się możliwe.

Dziś, kiedy 20 procent ludności świata konsumuje 80 procent jego zasobów, kiedy jedynie co czwarty z nas żyje w przyzwoitych warunkach, a reszta nie - jak możemy doprowadzić do zjednoczenia? Podczas gdy politycy walczą z bagażem przeszłości, nowa generacja wyłania się z cyfrowego pejzażu - wolna od wielu starych uprzedzeń. Te dzieciaki są wyzwolone z ograniczeń przynależności terytorialnej jako podstawy na której buduje się przyjaźń, współpraca, zabawa, sąsiedztwo. Technologie cyfrowe mogą okazać się naturalną siłą popychającą ludzi ku bardziej harmonijnej rzeczywistości.

Co ciekawe, harmonizującym efektem rzeczywistości cyfrowej, z jakim już mamy do czynienia jest to, że wcześniej podzielone dyscypliny i przedsięwzięcia nagle skłoniły się ku współpracy, zamiast konkurencji. Nieosiągalny wcześniej wspólny język zaczyna się kształtować pozwalając ludziom zrozumieć się na przekór podziałom. Dzieci w szkole mają obecnie szansę oglądać te same sprawy na wiele sposobów. Pogram komputerowy, dla przykładu, może być równocześnie postrzegany jako zestaw komend dla maszyny albo też - jako poezja abstrakcyjna powstała na skutek specyficznego formatowania tekstu. Dzieci bardzo szybko pojmują, że aby ten program poznać naprawdę trzeba go zobaczyć z różnych perspektyw, nie tylko jednej.

Ale to co najbardziej napawa mnie optymizmem, to wzmacniająca natura cyfrowej rzeczywistości. Dostęp, mobilność i zdolność wywoływania zmian - to są rzeczy które będą przyszłość odróżniać od teraźniejszości. Pojęcie infostrady może się dziś wydawać jedynie modą, ale jutro stanie się oczywistością. Jej zasięg przejdzie najśmielsze oczekiwania. Kiedy dzieci zawładną światowymi zasobami informacji i kiedy odkryją że jedynie dorośli potrzebują opieki i pomocy, poczujemy się zmuszeni do poszukiwania nadziei i godności tam, gdzie jej wcześniej nie było.

Mój optymizm nie pochodzi z nadziei na nowe odkrycia i wynalazki. Wynalezienie lekarstwa na raka czy AIDS, wynalezienie możliwego do przyjęcia sposobu na kontrolowanie populacji, wynalezienie maszyn, które oddychając naszym powietrzem i pijąc z naszych oceanów będą zwracać ich zawartość oczyszczoną - to są marzenia które mogą się spełnić, lecz nie muszą. Rzeczywistość cyfrowa to coś innego Nie czekamy na żaden wynalazek, bo on tu jest. Tu i teraz. Ma właściwie naturę genetyczną - dlatego każde kolejne pokolenie będzie się stawać bardziej cyfrowo świadome od poprzedniego. A klucz do tej cyfrowej przyszłości spoczywa - bardziej niż kiedykolwiek - w rękach młodych. Nic nie może mnie bardziej uszczęśliwić.




Sześć powyższych fragmentów pochodzi z napisanej przez prof. N. Negroponte książki pt. "Being Digital". Podane w tekście odnośniki pochodzą od autora i zaczerpnięto je z sieciowej wersji książki. Jej wersja papierowa ukazała się w Polsce w 1997 roku nakładem wydawnictwa Książka i Wiedza pt. "Cyfrowe życie. Jak się odnaleźć w świecie komputerów."

Tłumaczenie i wybór: Artur Stefański. CyberForum.pl
© Alfred A. Knopf, Inc., 1995